Podróże z książką

Z wielu odbytych podróży i pasji do słowa pisanego zrodził się pomysł na bloga. Podróże z książką to miejsce, w którym odnajdziecie zarówno wpisy o tematyce podróżniczej jak i recenzje książek.

Menu

  • Strona główna
  • O mnie

marca 10, 2026

Książki w styczniu i lutym

Pisanie recenzji, zwłaszcza na bieżąco, zajmuje mi stosunkowo niewiele czasu. No i przychodzi z pewną łatwością. Dlatego dla stęsknionych, wrzucam kilka słów o książkach przeczytanych na początku roku. Czy do następnego? To się okaże! Nic nie obiecuję. 😀


Revolterium

Kraków, 1848. Właśnie minęły dwa lata od powstania krakowskiego. Więzienie opuszcza niejaki Maks Krom. Skazany za udział w powstaniu, wychodzi odmieniony. Jakby coś w nim umarło. Przestał wierzyć w to, że jakakolwiek walka o wolność ma sens. Ludzie nie mają honoru, a za pieniądze są w stanie zdradzić swoich najbliższych. Nieco inne podejście ma przyjaciel Maksa-Hipolit. To on pomaga mu wrócić do żywych. W przeciwieństwie do Maksa, ten wciąż wierzy i ma nadzieję na lepsze jutro. Nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w walce o wolność swoją i bliskich.  Nastroje w mieście są burzliwe, a mieszkańcy w stanie gotowości. Temat na historię jest ciekawy, bo zmusza do zastanowienia się nad rozterkami powstańców. Czy można podnieść się po dotkliwej porażce? Czy walka jeszcze ma sens? Na czym polega prawdziwa przyjaźń? Bardzo podobał mi się wątek miłosny, który był gdzieś tam w tle tego wszystkiego. Jednak z samą książką długo się męczyłam. Dla mnie opisy były aż nadto rozbudowane. Ciężko mi było nie uciekać myślami, podczas czytania. Dopiero pod koniec wkręciłam się w te historię, kiedy akcja nabrała konkretnego tempa. W życiu bym nie powiedziała, że to debiut. Niestety mnie nie do końca przekonał. 5/10


Śledztwo diabła

Pora na powrót do Kuby Sobańskiego. Muszę przyznać, że nawet trochę się stęskniłam i książkę czytałam z wypiekami na twarzy! Ile tu się działo. To ten typ, który nie może narzekać na nudę. Kuba właśnie wrócił z urlopu. Stop. Tak naprawdę właśnie popełnił kolejne morderstwo. Nałóg wzywał. Po powrocie, dopadły go nie tylko zawodowe obowiązki, ale również Dorian. Bardzo mu zależy na poprawieniu relacji z jego nową dziewczyną, Raisą. Problem w tym, że jest ona podobna do Klary. Czyli typu dziewczyn, na które Diabeł poluje. Niestety w tej sytuacji, nie ma dobrego wyjścia. Z Dorianem za dużo go łączy i zmusza się do spotkania z parą zakochanych. Niewinna kolacja kończy się w klubie, w którym pojawia się też Dona. Była dziewczyna Sobańskiego, która zna jego największy sekret. Dona przychodzi z nowym chłopakiem, Jackiem. Impreza rozkręca się na dobre, choć Kuba zupełnie inaczej wyobrażał sobie ten wieczór. Wieczór, który kończy się odnalezieniem zwłok Jacka w męskiej toalecie. Kuba zaprzecza, aby miał coś z tym wspólnego, a to Dorian odnalazł denata. Wszystko wygląda na nieszczęśliwy wypadek, ale jak było naprawdę? Wkrótce po tym zamieszaniu, policjant prosi Sobańskiego o pomoc. Kolejny raz chce wymierzyć sprawiedliwość po swojemu. Szantażuje Kubę, a ten staje pod ścianą. W tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Tyle tylko, że przeciwnik jest naprawdę sprytny. No wciągnęła mnie ta historia i coś czuję, że zaraz sięgnę po kolejną część! 9/10

Rakowiska

Przyznam szczerze, że o autorce dowiedziałam się niedawno. Wszystko za sprawą Ołowianych Dzieci na Netflixie. Po serialu zaczęłam szukać książek na ten temat i tak trafiłam na Magdalenę Majcher. I zamiast "Doktorki od familioków" przeczytałam najpierw Rakowiska. Temat tej brutalnej zbrodni jest mi dobrze znany z podcastów kryminalnych. I mimo to, dowiedziałam się kilku nowych kwestii. Książka jest podzielona na dwie perspektywy czasowe. Przed i po zbrodni. Osobiście z dużo większym zaciekawieniem czytałam ten wątek przed, w poszukiwaniu jakichś motywów tego zabójstwa. Kacper (imiona zostały zmienione) niedawno zmienił miejsce zamieszkania. Z Białej Podlaskiej przeniósł się na obrzeża, na Rakowiska. Wszystko za sprawą kupna domu przez jego rodziców. Ojciec jest wysoko postawionym pułkownikiem, a mama nauczycielką. Żyją na dość wysokim poziomie. Chłopak nie stwarza większych problemów wychowawczych. Dobrze się uczy, jest w związku z ambitną dziewczyną, ma kilku dobrych przyjaciół. Od czasu do czasu, wypije na nielegalu piwo, czy zapali papierosa. Tyle, nic więcej. Wszystko się zmienia, kiedy trafia na jedną domówkę. Jej organizatorką jest Maja, dziewczyna z jego klasy. Jest totalnym przeciwieństwem Kacpra. Wagaruje, zażywa narkotyki, pochodzi z rozbitej rodziny. Większość osób z klasy, albo się jej boi, albo otwarcie unika. I tak, kiedy losy tej dwójki się splatają, dochodzi do tragedii. Początkowo połączyło ich zainteresowanie literaturą. Z czasem, stali się nierozłączni. Kacper bardzo się zmienił. Zerwał z dziewczyną, opuścił się w nauce, odizolował od pozostałych znajomych. Rodzice zakazują mu spotkań z Mają, ale to nic nie daje. Po narkotykach, Kacper staje się agresywny. I tak pewnego dnia, wpadają na pomysł zabójstwa rodziców chłopaka. Zbrodnia miała być doskonała. Tak im się przynajmniej wydawało. Za każdym razem, jak czytam o tej historii, jestem w szoku. Nie wiem, nie rozumiem jak można było tak potraktować własnych rodziców. Jednak w czasie lektury (zwłaszcza posłowia) zaczęłam się zastanawiać, czy można było tej tragedii uniknąć. Autorka zwraca uwagę na wadliwy system edukacji. Zgadzam się z tym, ale myślę, że to jest porażka nie tylko szkoły. Ojciec Kacpra bardzo dużo pracował, nie mieli najlepszych relacji. Pieniądze nigdy nie będą w stanie wynagrodzić miłości. Matka Mai była wiecznie nieobecna. Od początku, podchodziła bardzo liberalnie do wychowania córki. Czy przyjaciele Kacpra reagowali na jego zmianę? Czasu i ich decyzji nie da się cofnąć. Warto się jednak zastanowić, dlaczego tak się stało. Naprawdę warta przeczytania. 9/10

Obsesja

Niewielu jest autorów po których sięgam w ciemno. Nie każdego Mroza czytam, zraziłam się trochę do McFadden. Jednak mogę powiedzieć, że jestem fanką Piotra Kościelnego i B.A. Paris. No i nie oszukujmy, wydawanie jednej książki na rok/dwa ułatwia mi to zadanie. W zasadzie, kupuję bez wyrzutów. Choć Dylemat i Dublerka były dla mnie przeciętne i od tamtej pory podchodzę z lekką rezerwą. Jak było tym razem? Poznajcie Nell Masters. Obecnie szczęśliwie zakochaną, kobietę po trzydziestce. Tak naprawdę jest to Elle Nugent, która przed laty odcięła swoją przeszłość grubą linią. Dlaczego? Była świadkiem, w jej mniemaniu, porwania. Zaczęła obsesyjnie szukać sprawcy, a to doprowadziło do tragedii. Uciekła i zaczęła życie od nowa. Przeszłość jednak o niej nie zapomniała. Od kilku dni Nell czuje się śledzona. Nie cierpi wracać do domu późnymi wieczorami. Ma wrażenie, że ktoś buszuje po jej domu. Dostaje głuche telefony, niepojące prezenty. Strach, który jej towarzyszy zaczyna ją paraliżować i utrudnia codzienne funkcjonowanie. Teraz Nell doświadcza tego, co sama przed laty komuś zafundowała. A przynajmniej tak myśli. W książce są dwie perspektywy czasowe. Ja bardzo lubię ten zabieg i szkoda, że Paris w pewnym momencie rezygnuje z "przeszłości". Doprowadza narrację do teraźniejszości i Elle znika. Jest jeszcze perspektywa oprawcy, która powinna dodać dreszczyku emocji tej historii. Aczkolwiek w kółko powtarzane te same groźby nie zrobiły na mnie wrażenia. Jednak muszę przyznać, że mimo tych dwóch mankamentów, książka mnie mega wciągnęła. A zakończenie zdziwiło. Paris umie wyprowadzić czytelnika w pole, jak mało kto. 8/10

Jeffrey Dahmer bez cenzury. Narodziny mordercy i kanibala

Kiedy otrzymałam zapytanie o recenzję tej książki, nie wahałam się ani chwili! Po pierwsze, jestem fanką true crime. Uwielbiam podcasty kryminalne i jest to też kolejna pasja, którą dzielę z moim mężem. I dzięki podcastom, dowiedziałam się właśnie o autorce tej książki, czyli Renacie Kuryłowicz. Znaną, jako Renata z Worka Kości. Miałam duże oczekiwania co do tej książki i się nie zawiodłam. Muszę też napisać, że o samym bohaterze nie wiedziałam zbyt dużo. Dużo bardziej interesuje mnie polskie podwórko w tej tematyce. Obejrzałam wcześniej serial (choć nie porwał mnie, jak wielu innych) i pewnie wysłuchałam jakiegoś podcastu. Słowem - coś tam o Dahmerze słyszałam i wiedziałam, ale nie za wiele. Książka zaczyna się od przybliżenia historii przodków Jeffreya. Chętnie przeczytałabym nawet więcej w tym temacie, bo już na początku zainteresował mnie dziadek Dahmera. Był odznaczonym weteranem wojennym. Pewnie trudne doświadczenia odbiły się na jego zachowaniu w domu-terroryzował innych i nadużywał alkoholu. Jego córka, a matka Jeffreya marzyła o tym, żeby uwolnić się z tego piekła. Ten wątek matki i jej ciąży był dla mnie chyba najbardziej interesujący w całej historii. Nie wiedziałam, że tak źle znosiła jej przebieg, brała silne leki, czuła się samotna, obciążona psychicznie. To wszystko w jakiś sposób musiało wpłynąć na Jeffreya. Jednak czy można powiedzieć, że urodziła potwora? Otóż nie. Na początku zachowywał się normalnie. Może był trochę wycofany, ale nie przejawiał jakichś agresywnych zachowań, czy psychopatycznych cech. Rodzice stracili go z oczu, kiedy zaczęli toczyć walkę między sobą. Chociaż już w czasie oczekiwania na dziecko, pojawiły się pierwsze bardzo poważne problemy w małżeństwie. A czego najbardziej potrzebuje dziecko, aby rozwijać się prawidłowo? Miłości, zainteresowania, poczucia bezpieczeństwa. I jak trudno też okazać to swojemu synowi, córce, kiedy sam/sama zmagasz się z tym deficytem. Wiele czynników sprawiło, że Jeffrey stał się potworem. Autorka skupiła się nie tylko na genezie, czy przebiegu jego morderczej działalności, ale podjęła jeszcze jeden istotny wątek. Dahmer wielu osobom w jakiś (niezrozumiały dla mnie) sposób imponował. Ludzie pisali do niego listy w więzieniu, błagali o kontakt. Po emisji serialu na Netflixie, ten temat znów powrócił. Stylizowanie się na seryjnego mordercę jest naprawdę niepokojącym trendem. Zwłaszcza, jeśli za tym kryje się coś więcej. W trakcie lektury, autorka kilkakrotnie uprzedza czytelnika przed brutalnymi opisami. Pisze o tym, co dla niej samej było trudne. Dla mnie to był zabieg na plus, to nie są tylko suche fakty. Jednak czasem miałam wrażenie, że trochę szuka usprawiedliwienia, czy dostrzega w Dahmerze człowieka, którego przygniotły problemy. I ta narracja do mnie nie przemawia, ale jest to tylko moje odczucie. Być może zamiar był zupełnie inny. To sprawdzicie, jeśli sami przeczytacie, a do tego zachęcam. 8/10

Węzeł czasu

Na koniec jeszcze kilka słów o najlepszej książce w styczniu. Nie chciała mi wyjść z głowy ta książka, nie chciałam jej kończyć. No daaawno tak nie miałam! Mróz jednak potrafi mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Aga budzi się w środku lasu. Ostatnie, co pamięta, to kawa z przyjaciółką w centrum Opola. Budzi się w miejscu, które wydaje jej się znajome. Szybko orientuje się, że coś jest nie tak. Straciła pamięć i cofnęła się w czasie. Jest rok 1931. Razem z Zuzą znajdują się teraz w niemieckim Oppeln. Wszystkie miejsce, które znały z teraźniejszości, teraz wyglądają zupełnie inaczej. Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny. Aga szuka zaginionej siostry. W trakcie tych poszukiwań, wpada na pomysł wykorzystania podróży w czasie. Chce zmienić bieg wydarzeń i zabić tego, który dokonał tak wiele złego. Ja nie jestem fanką s-f, ale połączenie tego klimatu z wątkami historycznymi, przeplatane motywem zakazanej miłości, mnie kupiło! Doceniam bardzo research, który Mróz musiał wykonać przy pisaniu tej książki. Choć podejrzewam, że była to przyjemna praca, bo w końcu to jego rodzinne miasto. Oby nie zwlekał z napisaniem drugiej części. Mega polecam! 10/10



Read more »
o marca 10, 2026 0
Podziel się!
Starsze posty

lutego 14, 2026

Czytelnicze podsumowanie roku

Podróżnicze podsumowanie 2025 roku napisane. Pora zabrać się za książkowe. Mam nadzieję, że pisanie pójdzie sprawniej. I obiecuję, będzie krócej! Jaki był ten rok pod kątem książek? Bardzo dobry! Przeczytałam 56 książek, czyli o jedną więcej, niż w 2024. Jest postęp. 😀 Obiecałam sobie, że sięgnę po więcej książek Chrstie i Kinga. Miałam dać znać i daję - nie udało się. Czy to źle? Wcale. Być może przyjdzie jeszcze pora na te klasyki. Bez niespodzianek, czytałam głównie kryminały. Pod względem recenzji to był bardzo dobry rok. Zarówno, jeśli chodzi o ilość, jak i jakość tych lektur. W podsumowaniu wyróżniłam kilka kategorii. Mam nadzieję, że ten wpis dostarczy Wam wielu czytelniczych inspiracji. 



Najciekawsza książką, którą recenzowałam 

Jak wspominałam, w ubiegłym roku otrzymałam naprawdę sporo książek do recenzji. Do tej pory pamiętam radość z pierwszej takiej propozycji. Dziś zdarza mi się odrzucić pewne książki, a niektórych wypatrywać z zainteresowaniem. Tak właśnie było z tą. Choć obawiałam się, jak zostanie przyjęta recenzja w social mediach. Temat trudny, bo dotyczy Świadków Jehowy. Jej dokładny tytuł to: Jak rozbiłam szkło. Moje dorastanie wśród świadków Jehowy. Tulia urodziła się w rodzinie świadków Jehowy. Od urodzenia wpajano jej, że wiara w której jest wychowywana jest jedyną i właściwą drogą do szczęścia. Jako dziecko, posłusznie dostosowywała się do reguł. Choć te z czasem zaczęły być niewygodne. Jak wytłumaczyć innym w szkole, że Ty nie obchodzisz urodzin i nie zaśpiewasz innym sto lat? Albo dlaczego nie możesz przyjść w odwiedziny do innych dzieci? I skąd ten Twój dziwny ubiór? To tylko kilka kwestii, które były pierwszymi trudnościami w życiu Tulii. Im dalej, tym trudniej. Mała dziewczynka coraz więcej rozumie.Jej wspólnota nie zaakceptowała chłopaka i Tulia z bólem serca, zakończyła tę relację. Bo tak trzeba, bo Jehowa byłby dumny. A potem pojawiły się pierwsze wątpliwości, pierwsze łamanie reguł i ogromne wyrzuty sumienia. Wszystko się zmieniło, kiedy razem z mężem (też świadkiem) wyjechali na misję do Indonezji. To był początek jej walki o prawdziwe życie. Czasem musiałam odłożyć tę książkę i zastanowić się, jak można było tak żyć? Po co? Dlaczego? Tulia i jej siostra odeszły z sekty, ale jednocześnie straciły kontakt z rodzicami. Trudna, bardzo poruszająca historia. 


Najsłabsza książka, którą recenzowałam

Z tą kategorią również nie miałam większego problemu. Od razu pomyślałam o jednej książce, która mocno mnie rozczarowała - Corpus Delicti. Kryminalne zagadki? Brzmiało jak coś dla mnie! A potem zaczęłam się zastanawiać, jak zrecenzować coś takiego. Nie ma tutaj ani fabuły, ani bohaterów. Zagadki nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Co więcej, niektóre wymagają wiedzy bardzo technicznej, np. z dziedziny chemii, czy biologii. Ponadto, czasem rozwiązania były mega naciągane. Podziwiam autorkę za wymyślenie aż tylu zagadek. Czasem jednak mniej, znaczy więcej. I tak powinno być w tym wypadku. Na minus (akurat dla mnie) były wszystkie rozwiązania na końcu. Wolałabym rozwiązanie pod każdą zagadką. No nie polecam. 👀



Najlepszy reportaż

Akurat w tamtym roku wyjątkowo dużo czytałam reportaży. Ten gatunek coraz bardziej do mnie przemawia. Chwilę się zastanawiałam nad tym, którą książkę wyróżnić. Uważam, że powinni przeczytać ją przede wszystkim rodzice i osoby pracujące z dziećmi i młodzieżą. A mowa o książce Noski. Tak ćpają polskie dzieci. O książce dowiedziałam się dzięki podcastowi Justyny Mazur "Piąte. Nie zabijaj". Rozmowa z autorką, Magdaleną Mieśnik nami wstrząsnęła. Jak to w każdej szkole są narkotyki? Dlaczego tak mało osób wychodzi z tego uzależnienia? Czy dzieci naprawdę zaczynają tak wcześnie? I w końcu - jak je przed tym uchronić? Ta książka i w ogóle temat porusza mnie z wielu względów. Po pierwsze, jestem mamą. Jak każdy rodzic, chcę dla swojego dziecka, jak najlepiej. W tym, aby dom i rodzina była zawsze bezpieczną i pełną zaufania, przystanią. Po drugie, bardzo długo pracowałam z dziećmi i młodzieżą. Widzę, jak wiele zagrożeń na nich czyha. I jednocześnie, jak ten system wygląda. Po trzecie, miałam do czynienia z osobami uzależnionymi. I wierzcie mi, to ciężki kawał chleba. Dzięki tej lekturze, uświadomiłam sobie ile jeszcze pracy w tym temacie powinno być wykonane. Moja Mama po przeczytaniu była w szoku. Myślę, że Wy też będziecie. 



Najlepsza książka

Czy 56 przeczytanych książek to dużo? Całkiem sporo. Na tyle, by zapomnieć wiele wątków, motywów, rozwiązań. Są jednak takie historie, które zostają w człowieku dłużej. Oprócz tego, że była nieodkładalna, wzbudziła we mnie przedziwne emocje. I to pewnie dlatego, jeszcze długo o niej będę pamiętać. Tytuł najlepszej otrzymuje Moja mroczna Vanesso. Poznajcie tytułową Vanessę. Jest zwykłą nastolatką. Jedną z wielu w tłumie. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Tak przynajmniej myśli o sobie. Właśnie zaczęła nowy etap edukacji. Naukę w liceum, połączoną z mieszkaniem w internacie. Trafia na dodatkowe zajęcia z literatury, bo pisanie sprawia jej radość. Jej talent szybko dostrzega ekscentryczny prowadzący. Jednak zauważa w dziewczynie coś jeszcze. To, że jest ładna. To, że jest zakazanym owocem. To, że jest naiwna i łatwowierna. Między nauczycielem, a dziewczyną tworzy się więź. Na początku to jakieś nieśmiałe zaczepki, które poprowadzą do iluzji związku. Autorka pokazuje też drugą perspektywę czasową. Kim Vannessa jest dzisiaj? Czy poradziła sobie z przeszłością? Nie była bowiem jedyną, która została wykorzystana. Czas rozliczyć się z przeszłością. Tylko czy ona naprawdę tego żałuje? Doskonały portret psychologiczny ofiary i sprawcy. Po prostu prawdziwa perełka. 



Największe rozczarowanie

Dobra. To Was prawie na pewno zdziwi. Nie zrozumcie mnie źle. To nie najgorsza książką, jaką przeczytałam w tamtym roku. Ba, w ogóle nie będzie tutaj takiej kategorii. Miałam, co do niej duże oczekiwania i trochę się zawiodłam. Nie była ani zła, ani dobra. Tym razem kilka słów o Światłoczułości. Jakub Jarno zrobił sporo zamieszania na polskim rynku czytelniczym. Dość szybko wyszło na jaw, że ma on wiele wspólnego z Remigiuszem M. Byłam bardzo ciekawa, czy odnajdę jakieś podobieństwa w stylach tych autorów. I tu plus, żadnych nie dostrzegłam! Kolejna różnica dotyczy objętości książki. Światłoczułość nie była "grubą" książką, ale jej przeczytanie chwilę mi zajęło. Poznajcie Witka i Żerkę. To dwójka ludzi, których bardzo doświadczyła wojna. I spotkali się właśnie w jej środku. To spotkanie na zawsze ich odmieniło. Na tyle, że kiedy ich drogi się rozeszły, zaczęli się szukać. Żerka wypisywała listy do Witka, a on ciągle o niej pamiętał. Pytał, próbował odnaleźć. Czy w końcu się spotkali? Momentami ta książka bardzo mnie wciągała, by za moment prawie przy niej usypiać. A na końcu naprawdę się wzruszyłam. Dziwny wachlarz emocji, ale po Jakuba Jarno na razie nie sięgnę. 



Najlepsza obyczajówka

Tym razem coś idealnego na długie wieczory. Postanowiłam wrócić do autorki, którą bardzo dobrze znam. Jednak nie każda jej książka mnie porwała. Na szczęście Wielka Samotność zdecydowanie miała to coś. Ernt, Coro i Leni to rodzina, która wiele przeszła. Ernt jest weteranem wojennym i cierpi na PTSD. Choć wtedy nikt tego tak nie nazywa. Po prostu wrócił z wojny i jest mu ciężko. Jest impulsywny, nerwowy, agresywny. Często sięga po alkohol. Ewidentnie nie radzi sobie z tym, co przeżył. Nie może znaleźć sobie swojego miejsca, często traci pracę. W związku z tym, jego rodzina ciągle się przeprowadza. Leni już wielokrotnie była tą nową w klasie. Nieoczekiwany spadek po przyjacielu, sprawia że rodzina znów się przeprowadza. Tym razem to ma być naprawdę nowy etap, nowy start. Jadą na Alaskę. Dziką, surową i wymagającą. Na początku, jak to w takiej przemocowej rodzinie, trwa miesiąc miodowy. Leni trafia do nowej szkoły. Tam poznaje Matthew Walkera, z którym wkrótce się zaprzyjaźnia. Społeczność, do której trafia rodzina, jest niewielka. Wszyscy się tu znają. Sąsiedzi wkrótce zaczynają widzieć problem, z jakim zmagają się nowi mieszkańcy. Chcą pomóc. Tylko jak wyrwać się z tego piekła? Historia jest długa, ale mnie nie nużyła. Pokazuje nie tylko problem rodziny alkoholowej, ale też prawdę o weteranach wojennych. Bardzo mnie ciekawi ten temat, więc jeśli czytaliście coś podobnego, dajcie znać! Wielka Samotność zmusza do refleksji, trochę smuci, czasem wzrusza. Prawdziwa i piękna. 



Coś nowego

W 2025 chyba pierwszy raz sięgnęłam po coś z literatury azjatyckiej. I to dwukrotnie. Co więcej, moja pierwsza próba była średnio udana. I mimo to, postanowiłam spróbować jeszcze raz. Książka Dziwne obrazki była dla mnie czymś nowym, jakimś takim powiewem świeżości. Chcę więcej takich czytelniczych momentów w 2026! Książka jest podzielona na 4 rozdziały. Do każdego są dołączone jakieś obrazki. Obrazki, które kryją za sobą niesamowitą historię i tajemnice. Pierwsza z nich opowiada o policjancie, który trafił na ciekawego bloga w sieci. Jego autor dzieli się swoją codziennością. Wkrótce ma zostać ojcem. Jest podekscytowany w związku z nową rolą i nowym etapem. Na początku wszystko idzie gładko. Niestety, w czasie porodu wystąpiły komplikacje. Jego ukochana zmarła. Zostawiła po sobie tylko rysunki, które mężczyzna wrzucił do sieci. Wkrótce jednak sam przestał publikować cokolwiek. To właśnie te rysunki bardzo zaciekawiły policjanta. Kryje się w nich odpowiedź na wiele pytań. Kolejna historia opowiada o chłopcu, który zaginął. Dzień wcześniej dzieci w przedszkolu rysowały porter matki. To ten rysunek naprowadzi wychowawczynie chłopca do rozwiązania zagadki. Każda z historii jest w jakiś sposób ze sobą powiązana. Dla mnie to takie połączenie kryminału i psychologii rysunku. 


Niezrozumiały zachwyt

Pora na ostatnią kategorię. Aby w miarę wypośrodkować, na końcu kilka słów o książce, która mnie męczyła. Co więcej, po wrzuceniu zdjęcia książki na relacje, parę osób zareagowało bardzo entuzjastycznie. Pisali, że to świetna opowieść i autorka jest genialna. Mnie zachęcił ciekawy opis, dobre opinie i okładka. Tak, na to też zwracam uwagę. Jednak o Colette szybko zapomnę. Raczej nie zamierzam sprawdzać też innych dzieł autorki. Agnes, główna bohaterka, to kobieta po przejściach. Niedawno rozstała się z mężem, który odszedł do innej. Wciąż nie może się z tym pogodzić. Rozpamiętuje, tęskni, analizuje co mogła zrobić lepiej. Pewnego dnia, odbiera telefon który wszystko zmienia. Funkcjonariusz żandarmerii informuje ją o śmierci ciotki. Problem w tym, że Colette zmarła 3 lata temu. Agnes nie była na pogrzebie, ale wszystkie formalności zostały dopełnione. Zatem, kogo wtedy pochowali? Kobieta rozpoczyna własne śledztwo. W książce jest kilka perspektyw czasowych. Zazwyczaj lubię ten zabieg, ale tutaj było tego aż za dużo. Można się było pogubić. Historia się bardzo ciągnęła i myślałam, że nigdy nie skończę tej książki. Najlepiej sami sprawdźcie, czy jest się czym zachwycać. 


I to by było na tyle. Mam nadzieję, że któraś książka Was zaciekawi. Podsumowanie wydaje mi się różnorodne i nie ma tu za wiele o kryminałach, które kocham. I których czytam najwięcej. Nawet sobie nie postanawiam, żeby w 2026 było inaczej. A Wam życzę samych ciekawych książek w tym 2026 roku! 



Read more »
o lutego 14, 2026 6
Podziel się!
Starsze posty

stycznia 25, 2026

Podróżnicze podsumowanie roku 2025

Halo! Czy ktoś jeszcze pamięta o 2025 roku? Czy wszyscy skupili  się już na 2026? Moje podsumowanie roku tym razem wyjątkowo późno. Po świętach dopadła nas grypa, mocno przeorała i do tej pory próbuję odnaleźć w sobie więcej zapału. Ale jeśli widzicie ten wpis, to znaczy że go znalazłam! Początkowo miałam wizję podobną, jak w zeszłych latach.  Chciałam wyróżnić podróżnicze momenty, ale zmieniłam zdanie. Opowiem Wam, co ciekawego udało nam się zobaczyć w każdym miesiącu. Na pewno poświecę więcej uwagi miejscom, których nie opisałam do tej pory. Książkowego podsumowania szukajcie w kolejnym wpisie. Mam nadzieję, że z rozpędu napiszę oba.


Styczeń

Dość szybko ruszyliśmy na pierwsze spacery. Już 1 stycznia byliśmy na Przylasku Rusieckim, a kilka dni później wybraliśmy się do Miasteczka Galicyjskiego w Nowym Sączu. To miejsce polecamy każdemu, komu marzy się podróż w czasie. Można powiedzieć, że to taki duży skansen. Część zwiedza się z przewodnikami, którzy czekają na Was w wybranych miejscach. Jest apteka, sklep, fryzjer, poczta itd. Wszystko zachowane w klimacie Galicji z przełomu XIX i XX wieku. Na terenie miasteczka znajduje się też duża i  klimatyczna kawiarnia. Polecamy zajrzeć i spróbować czekolady na ciepło. 


W styczniu wybraliśmy się też do Doliny Będkowskiej. Marzył nam się zimowy spacer i sanki. A koniec miesiąca to też powrót do miejsca, które kojarzy mi się z dzieciństwem. Przed wizytą z okazji Dnia Babci, wpadliśmy na spacer nad Zalew Chechło. Drewniane pomosty, punkty widokowe, fajny plac zabaw. Ile tu się musi dziać w lecie! Całkiem fajny był ten pierwszy miesiąc 2025 roku
. 


Luty  

Luty był niestety dużo gorszy. Myślę, że śmiało zasługuje na miano najgorszego miesiąca w całym roku, choć grudzień też lekki nie był.  Zdjęcia podpowiadają mi, że byliśmy wtedy pierwszy raz w Parku Reduta. O tym miejscu nie pisałam na blogu. Po pierwsze, założyłam że wiele osób zna ten park. Po drugie, jakoś wybitnie mnie nie zachwycił. Na plus na pewno zacienione ścieżki, duża przestrzeń i fajne huśtawki. Jednak otoczenie bloków i dość zamknięte osiedle wokół mnie nie przekonały. Miłym (i smacznym) akcentem tamtego spaceru był obiad w restauracji Luca. 


To planowo w lutym mieliśmy jechać na Dolny Śląsk, ale z powodów zdrowotnych zamiast na Walentynki, pojechaliśmy na Dzień Kobiet! Na szczęście ten miesiąc uratowała trochę wizyta mojej siostry.
Marzec

W marcu wróciliśmy na mój ukochany Dolny Śląsk. Przy okazji, trafiliśmy na  wyrozumiałych ludzi w kwestii noclegu. Tak, jak wcześniej pisałam, planowaliśmy wypad w lutym. Mieliśmy już wykupione noclegi na bookingu bez możliwości odwołania. No i niestety Marysia dwa dni przed zaczęła trochę gorączkować. Byłam pewna, że kasa przepadnie. Mateusz zadzwonił na recepcję i wytłumaczył, jak wygląda nasza sytuacja. I o dziwo, zgodzili się na zwrot. Byłam mile zaskoczona, dlatego nie szukaliśmy później już innego hotelu. Dodatkowy plus za lokalizację blisko centrum i ciastko z okazji Dnia Kobiet. Jakby ktoś szukał, ale raczej tylko żeby się przespać, to polecam hotel Fenix. Odwiedziliśmy wtedy Świeradów-Zdrój, Wrocław, zamek Grodno i właśnie Jelenią Górę. Całą relacje z tej wycieczki znajdziecie tutaj.

 
W marcu zaliczyłam też kilka spacerów po Puszczy Niepołomickiej, Łąkach Nowohuckich, a nawet po Parku Jordana. Było dużo imprez urodzinowych i sporo treningów. Jeden nawet wspólnie z Mamą. A w deszczową niedzielę wybraliśmy do Muzeum Fotografii. Bardzo ciekawe miejsce, choć najmłodsza z ekipy nie była aż tak zainteresowana. A szkoda. To był fajny miesiąc! 

Kwiecień
 To był bardzo sentymentalny miesiąc. Dużo było w nim wdzięczności za pierwszy rok życia Marysi, sporo refleksji i jeszcze więcej radosnych chwil. Urodziny świętowaliśmy wizytą w bawialni - pierwszą i jak do tej pory jedyną (nie jestem fanką), wspólnym obiadem i zakupem pierwszych butów. A impreza urodzinowa była wspólna dla Marysi i Mateusza. W kwietniu sprawdziłyśmy z mamą trasę dookoła Przylasku Rusieckiego i pod wózek się nadaje! Wpadliśmy też klasycznie nad zalew, a pod koniec miesiąca ruszyliśmy w pierwszą zagraniczną podróż. 


Po 9 latach wróciliśmy do Budapesztu. Byliśmy tam na przełomie kwietnia i maja i trafiliśmy na idealną pogodę. Jeśli chodzi o hotel, to tutaj mam trochę mieszane odczucia. Z jednej strony, lokalizacja, standard i metraż były świetne. Bardzo blisko centrum, dwa duże pokoje i naprawdę fajna cena. Niestety na minus monotonne i średnie śniadania. Mieliśmy też trochę problem z parkingiem w pobliżu. Ten hotelowy był bardzo wąski i woleliśmy zaparkować przy ulicy. Co zwiedziliśmy w Budapeszcie? Wszystko opisałam na blogu. Czasem problematyczna była ilość schodów (np. przy Baszcie), ale daliśmy radę. Na koniec naszego wyjazdu zafundowaliśmy sobie rejs statkiem i Maria oficjalnie podbiła serce Japończyków, którzy siedzieli obok nas. 

Maj 
Można powiedzieć, że to też był trochę sentymentalny miesiąc. 1 maja stuknęło nam 10 lat bycia razem. Kiedy to zleciało? Nie wiemy! Po powrocie z Budapesztu, wpadliśmy do ulubionej Puszczy. Wiosna zagościła na całego. Instagram podpowiedział mi, że w maju pobiłam chyba rekord wizyt w jakichś różnych kawiarniach i restauracjach. 


Sprawdziłam w końcu te słynne Poranki Breakfast, Coffe&Cake oraz Szlaban Cafe. Byliśmy też w nowej Jamrze na Zabłociu i jeszcze w Dolce Far Niente. No sporo się tego nazbierało! Aż sama się zdziwiłam. Zdecydowanie najbardziej smakował mi deser w tej ostatniej kawiarni, choć ciastko w Szlabanie też było całkiem smaczne! Do Poranków próbowałam już kiedyś się dostać, ale bezskutecznie. Teraz się udało i było pysznie i drogo. Taki minus tej najpopularniejszej śniadaniówki w Krakowie. Wzięłam sobie francuskie tosty i kawę i wydałam chyba 70 zł. Z okazji Dnia Mamy wymyśliłam wyjazd nad zalew Sosina w Jaworznie. Jejku, jak tam było fajnie! Sami się dziwiliśmy, że jesteśmy tu pierwszy raz. Zacienione asfaltowe alejki wzdłuż zalewu idealnie nadają się na długi spacer z wózkiem. Do tego sporo drewnianych pomostów, plac zabaw, boisko do koszykówki, miejsca na grilla. Słowem-działo się! Po więcej szczegółów i innych propozycji zapraszam tutaj. Maj był całkiem sympatyczny.
 

Czerwiec
W tym miesiącu to się działo! Chronologicznie, ten letni czas zaczęliśmy od kolejnego spaceru nad Zalewem Nowohuckim. W czerwcu w sumie zaliczyłam tam dwa spacer. Drugi był nastawiony na rozwijanie swojego warsztatu fotograficznego. Na początku miesiąca sprawdziłyśmy z mamą i Marysią park Aleksandry. Dla nas to, co prawda, druga strona Krakowa, ale było bardzo przyjemnie. Podobały nam się spacerowe alejki i plac zabaw. Niestety po wizycie, okazało się, że nie widziałyśmy wszystkiego. Może jeszcze kiedyś wrócimy. W połowie czerwca miałam przyjemność brać udział w audycji radiowej. Opowiadałam o naszej wizycie na Roztoczu. 


W tym dniu, na odstresowanie, wybraliśmy się na spacer po lesie. Tym razem, nie była to Puszcza Niepołomicka, ale Las Kolanowski w Bochni. Coś nowego i od nas całkiem blisko, ale więcej napisałam tu. Tuż po tym, wyjechaliśmy na długi weekend nad Bałtyk! Jak zwykle, było to spotkanie rodzinne. Przy okazji, udało się jednak coś zobaczyć. Sprawdziliśmy cypel w Mikoszewie. Był nieduży, usypany siłami fal i prądów. Dlaczego w formie przeszłej? Ponieważ późnią jesienią nic już z niego nie zostało. Choć, kto wie, może jeszcze się pojawi. Oprócz tego, odwiedziliśmy też bardzo przyjemny park. Idealny na spacer z wózkiem i nie tylko! Mowa o Parku w Wojanowie. Znajduje się on blisko Gdańska. Doczytałam, że w 2019 teren ten został odnowiony. To widać, bo zarówno drewniane pomosty, plac zabaw, tyrolki, zjeżdżanie są w niezłym stanie. Oprócz tego, są tutaj stawy z kaczkami i łabędziami oraz automaty z ziarenkami. To ciekawy pomysł na spacer. Jak będziecie w okolicy, polecam sprawdzić! Myślicie, że to wszystko w tym miesiącu? Pod koniec czerwca, wpadliśmy jeszcze do Ogrodu Botanicznego. Ostatni raz byłam tutaj prawie 6 lat temu. Dalej najbardziej podobają mi się szklarnie! Wypiliśmy dobrą kawę mrożoną w Milin Cafe, a Marysia wybiegała się po alejkach i uparcie wchodziła na wszystkie schody. Wstęp do ogrodu kosztuje 22 zł, a ulgowy 12 zł. Mówiłam, że dużo się działo! 😍

Lipiec

A co w lipcu? To urodzinowy miesiąc, wiec było bardzo dużo spotkań. Oprócz tego, wybrałyśmy się w babskim gronie na wycieczkę w okolicach Wolbromia. Pojechałyśmy przespacerować się po Dolinie Wiodącej. Spontanicznie zaliczyłyśmy jeszcze jeden przystanek nad Zalewem Wolbromskim. Spacer wokół był w szybkim tempie, bo zbierało się na burzę. Jedno i drugie miejsce opisałam we wpisie, który wspominam wyżej. 


Miałam przyjemność sprawdzić też nową kawiarnię w Krakowie! Mowa o Mocnej, przy ul. Rzecznej. To niedaleko Młynówki Królewskiej. Pracują tu osoby niepełnosprawne. Mocno trzymam kciuki za ich rozwój! W lipcu byliśmy jeszcze na wycieczce w Krynicy. To kolejny powrót. Poprzednia nasza wizyta miała miejsce w 2020. Dosłownie chwilę przed pandemią. Całą wycieczkę opisałam tutaj. Podpowiadam, że Krynica-Zdrój to fajny pomysł również na zimową wycieczkę! Nudy nie ma. W lipcu jeździliśmy na rowerach, spacerowaliśmy po Puszczy i składaliśmy się głównie z malin. 

Sierpień

Po szybkim przeglądzie zdjęć z tego miesiąca, wniosek nasuwa się jeden. To był kolejny aktywny i fajny miesiąc! Na początku szlifowaliśmy formę rowerową. Tym razem wybraliśmy się na wycieczkę po Skawinie. Konkretnie, wzdłuż Kanału Łączańskiego. Zaparkowaliśmy na ul. Skawińskiej (trochę na dziko) i kierowaliśmy się ścieżką rowerową w stronę Jaśkowic. Trasa do mostu w Jaśkowicach to 11 km. Praktycznie cały czas asfaltem, mało podjazdów i niewiele ludzi. Trasa podobna, jak do Tyńca. Byliśmy mile zaskoczeni brakiem tłumów i pewnie jeszcze kiedyś wrócimy! 


Sierpniowy długi weekend to wyjazd nad morze, aby poznać nowego członka rodziny. Tym razem, udało się trochę poplażować. Podjechaliśmy do Jelitkowa. Wracając do domy, zahaczyliśmy o Olsztyn. Mam sentyment do tego miejsca, bo w 2018 zauroczyły mnie tutejsze jeziora. Na blogu jest dostępny przewodnik. Jakby tego było mało, to wpadliśmy jeszcze do mojej ulubionej pizzerii w Warszawie. Tam to w ogóle nie było mnie sto lat. Jakoś mi nie po drodze do tej stolicy, nie wiem czemu. 👀 Koniec sierpnia to też powrót w góry. Jak ja tęskniłam! Mama wymyśliła Beskid Śląski. Dla mnie istotna była możliwość zjechania w dół kolejką, ze względu problemy z kolanami. Weszłyśmy na Szyndzielnię, a później na Klimczok. Widoki z Klimczoka były mega. Całą wycieczkę opisałam w tym miejscu.  Pod koniec miesiąca, sprawdziłyśmy z Marysią Bobrowy plac zabaw. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, jest tu ścieżka edukacyjno-rekreacyjna i nie tylko! Może trochę mało cienia w taki upalny dzień, ale nam się podobało! Adres to Węgrzynowicka 63A. 

Wrzesień
Miesiąc, który do tej pory kojarzył mi się tylko z powrotem do pracy. Na przekór wspomnieniom, wybrałyśmy się z Mamą i Marysią sprawdzić nową atrakcję w Małopolsce. Do tej pory sama się dziwię, że tam dotarłyśmy. W tym dniu Mania wybitnie nie współpracowała. Chodzi o nową ścieżkę przy Pustyni Błędowskiej. Zaparkowałyśmy przy Róży Wiatrów i stamtąd udałyśmy się na spacer. Celem była Ścieżka na Palach. Z Róży Wiatrów to około 3.5km w jedną stronę. My w tym dniu zrobiłyśmy 10 km, przez te ciągłe humorki. 😁 


A tak serio, to super opcja na spacer z wózkiem, bo są tu położone takie betonowe płyty. Trzeba uważać, bo jeżdżą tędy też rowerzyści. Drewniane pomosty, o których mowa, zostały oddane do dyspozycji w lipcu. To ścieżka zbudowana nad Białą Przemszą. Ma 400 metrów długości. We wrześniu zakończyliśmy też sezon rowerowy, wybierając się nad Czarny Staw w Puszczy. Niezmiennie polecam to miejsce. Idealne na spacer z wózkiem i bez, na rower również! Wpadliśmy na kopiec Kraka, a pod koniec miesiąca do Częstochowy. W planach mieliśmy jeszcze postój na zamku w Olkuszu. Niestety kogoś zmorzył sen. Następnym razem lepiej to zaplanujemy. Od czerwca byliśmy w urodzinowym-imieninowym ciągu, który potrwał do samego grudnia. 

Październik
Pora na wakacyjny miesiąc! Zanim jednak wybraliśmy się na zasłużone wakacje, był wypad w góry. I to nie byle jaki! Randka w górach z okazji rocznicy ślubu. Tym razem, padło na Beskid Śląski. Za cel obraliśmy sobie Błatnią. Startowaliśmy z Jaworza. To około 2h jazdy z Krakowa. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu przy ul. Turystycznej. Stamtąd wędrowaliśmy cały czas żółtym szlakiem. Orientacyjny czas przejścia to około 1h40 minut. My pokonaliśmy trasę w nieco ponad godzinkę. Przez większość czasu wędrowaliśmy przez las. Ścieżka delikatnie pnie się do góry, ale nie ma jakichś mega ostrych podejść. Najpierw dotarliśmy do schroniska i tam zrobiliśmy sobie przerwę. Zjedliśmy pomidorową (15zł) i żurek (20zł). Ze schroniska czeka nas jeszcze 200 metrów na szczyt i warto tam dotrzeć! Widoki przepiękne. Przy dobrej widoczności można zobaczyć np. Skrzyczne, Malinową Skałę, czy Czantorię. Zeszliśmy tym samym szlakiem.


Tydzień później wylecieliśmy na Maltę. Naszym wakacjom poświęciłam dwa wpisy, więc odsyłam Was tutaj. Ledwo wróciliśmy, to w Krakowie były Targi Książki. Na pewno zapamiętam je na długo, bo udało mi się porozmawiać przez dłuższą chwilę z jednym z moich ulubionych autorów. Poza tym akredytacja też trochę dodała mi motywacji. Puszcza jesienią prezentuje się naprawdę najpiękniej! 

Listopad
Ten miesiąc zawsze ratuje naprawdę dużo okazji do świętowania. Tak było i tym razem. Dodatkowo spadł śnieg! A wisieńką na torcie były odwiedziny Pomorza i góry. Zaczęliśmy listopad od spotkań rodzinnych. Po aktywnym październiku, przyszła pora trochę zwolnić i tak też było w tym miesiącu. Na szczęście, nie zabrakło wypadu w góry. Te zawsze ładują moje baterie. 


Był już Beskid Śląski i to dwa razy. Pora wrócić w ukochane Tatry! Pojechałyśmy z Mamą  sprawdzić Lodową Świątynię. Wybierałam się tam już kilka lat, ale w końcu się udało. Cała relacja z wycieczki jest na blogu. Natomiast w ostatni weekend listopada dotarłam na wystawę, na którą też już się czaiłam kilka lat. Chodzi o wystawę makiet kolejowych w NCK-u. To tutaj kolekcjonerzy budują tory, ustawiają lokomotywy, dają sygnały do odjazdu itd. No widać, że to są pasjonaci. Nam się podobało, fajnie że w końcu tu dotarliśmy. Wystawa jest raz w roku w NCK-u. 

Grudzień 
Tylko Święta i pobyt nad morzem ratuje ten miesiąc! W mikołajkowy weekend wybraliśmy się na ostatnią w tym roku wycieczkę. I to nie byle jaką, bowiem na drugi koniec Polski. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że tam już zostawiłam kawałek swojego serca i lubię tam wracać. Oprócz świętowania kolejnych urodzin (mówiłam, że byliśmy w ciągu), miałam malutkie marzenie związane z tym wyjazdem. Bardzo chciałam wyrwać się na Jarmark i to najlepiej w babskim gronie. Tak się złożyło, że o tym samym pomyślała też moja Mama i się udało! Jarmark Bożonarodzeniowy w Gdańsku jest moim ulubionym.  Mam wrażenie, że jarmark w Gdańsku jest tak fajnie rozplanowany, że nie czuję się aż tak bardzo tych tłumów. Ciekawe instalacje, mnóstwo różnych kuchni do spróbowania, stoiska z dekoracjami i wiele innych. Było super i jestem mega wdzięczna za ten czas. Następnego dnia wyrwaliśmy się jeszcze do Brzeźna. A tu czekała mała niespodzianka, bo molo jest w remoncie. Było jeszcze kilka miłych spotkań świątecznych i zwiedzanie szopek. Natomiast resztę miesiąca chorowałam, z przerwą na Święta. Tylko jeszcze bardziej, niż poprzednio, bo z całą ekipą. Nie polecam 😖. 


Uf! Dotrwałam do końca i podsumowałam cały rok. A Wy? Przeczytaliście całość? Google podpowiada mi, że to tylko 11 minut czytania. A myślałam, że będzie krótko, bo o czym tu pisać... ;) Serdeczności na ten 2026! 








Read more »
o stycznia 25, 2026 4
Podziel się!
Starsze posty

grudnia 11, 2025

Lodowa Świątynia i opis szlaku na Hrebienok

W dorosłości trzeba się nieźle nakombinować, żeby dograć termin spotkania. Za dzieciaka to wszystko było łatwiejsze. No, ale nie oszukujmy się, czasu było mnóstwo. No i niekoniecznie wtedy chciałam jeździć w góry i to jeszcze z własną Mamą! Teraz trochę się pozmieniało i takie górskie wypady planujemy z dużym wyprzedzeniem. Potem trzeba jeszcze trzymać kciuki za pogodę i zdrowie. A także chęci! Bo jak się okazało, dzień przed wycieczką żadna z nas nie miała ich za wiele. Jak dobrze, że jednak nie odwołałyśmy! Mam dla Was relację z wyjścia na Hrebienok, z wizyty w Lodowej Świątyni i spacerku do Rainerowej Chaty. Gotowi? 



1. Dojazd i parking

My postanowiłyśmy wystartować ze Starego Smokowca. W normalnych warunkach to 2.5 jazdy z Krakowa, ale po świeżych opadach śniegu ta trasa zajęła nam dłużej. Warunki po słowackiej stronie były ciężkie. Drogi były nieodśnieżone, było ślisko. Miejcie to na uwadze, jeśli wybieracie się tam niebawem. Przy wejściu na szlak jest kilka parkingów. Jeden z nich był już wypełniony po brzegi. Możecie spróbować zaparkować przy Kościele NMP w Starym Smokowcu. Opłata za cały dzień to 15 euro. Najlepiej zapłacić gotówką, ale widziałam też automat do płatności kartą.  


2. Trasa Stary Smokowiec - Hrebienok

Mamy do wyboru kilka opcji. Najpopularniejszą jest spacer zielonym szlakiem, który według tablic trwa około 50 minut. Ciekawym rozwiązaniem jest wjazd kolejką. Trasa trwa niecałe 5 minutek, a kosztuje w jedną stronę ok. 11 euro. Można zaoszczędzić kupując bilety online. Niestety nie powiem Wam, ile dokładnie, bo my nie korzystałyśmy z tej opcji.



 I weszłyśmy na górę jeszcze inaczej. A mianowicie, szłyśmy wzdłuż torów. Ta trasa miała swoje plusy i minusy. Oprócz kolejki, to chyba najszybszy sposób. Zajęło nam to mniej niż 40 minut. Ludzi była garstka. No i minus był taki, że ścieżka nie była zbyt wydeptana. Ja Wam jednak polecam taki wariant, bo było po prostu kameralnie. Mogłam w spokoju popstrykać fotki, bez tłumów, które były u góry. Jedynym utrudnieniem był ten śnieg, ale poza tym przyjemnie. 


3. Tatrzańska Świątynia - informacje praktyczne

Na Hrebienoku znajduje się Lodowa Świątynia. Ta nietypowa atrakcja ma zachęcić turystów do odwiedzenia tego miejsca. I muszę przyznać, że cel osiągnięty! Ja o tym miejscu dowiedziałam się już kilka lat temu właśnie od mojej mamy. Trochę się zbierałam, aby w końcu sprawdzić na żywo. O co zatem tyle hałasu?


 Od 13 lat w celu promowania regionu, ale też nawiązując do historycznych wydarzeń, turyści mogą wejść do lodowej świątyni. Jest to duży namiot, a w środku znajdują się przeróżne figury, budowle wykonane z lodu. Co roku, temat przewodni jest inny. W tym roku motyw to dwóch papieży. Największa budowla ma przypominać Bazylikę Laterańską. Do budowy wykorzystano ponad 200 ton lodu. 


W tamtym roku można było zobaczyć Wawel i kościół św. Wojciecha, a dwa lata temu Opactwo Westminster. W środku znajdują się też tablice informacyjne, ale większość jest jednak zainteresowana zdjęciami i filmikami. Co ważne, wejście jest bezpłatne. 


Jednak, aby trochę ograniczyć tłumy, obowiązuje limit osób w środku. My czekałyśmy w kolejce jakieś 10 minut. Samo zwiedzanie zajęło nam niewiele więcej, ale to właśnie ilość ludzi nas trochę przepędziła. Moim zdaniem, Tatrzańska Świątynia jest fajną atrakcją na zobaczenie przy okazji. Gdybym pojechała tam tylko w tym celu, wróciłabym rozczarowana. Dlatego my, wyruszyłyśmy dalej. W poszukiwaniu przygód. 😀


3. Trasa  Hrebienok- Blikova Chata- Wodospady Zimnej Wody  - Rainerowa Chata

Mama oczywiście namówiła mnie na ciąg dalszy. Dlatego po wizycie w świątyni, wybrałyśmy się najpierw do Wodospadów Zimnej Wody. Prowadził nas zielony szlak, a znaki pokazywały, że to tylko 20 minut. Na początku minęłyśmy klimatyczną Blikovą Chatę. 



Serio, wystrój już na zewnątrz wyglądał bardzo zachęcająco. Potem do pokonania był dość trudny fragment po schodach. Niestety śnieg sprawił, że było trochę ślisko. Przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy iść dalej. Na tym odcinku przydałyby się raczki. Pod sam wodospad nie podeszłyśmy, ale zrobiłyśmy pamiątkowe foto i poszłyśmy dalej. 


Tym razem w stronę Rainerowej Chaty. Trzymałyśmy się zielonego szlaku i znów do pokonania było jakieś 20 minut. Po drodze odbiłyśmy kawałek i tu już udało się podejść pod wodospad w dolinie Zimnej Wody. 


Weszłyśmy na metalowy mostek, a widoki stamtąd były piękne. Po chwili spokojnego marszu byłyśmy już przy chacie. W środku można kupić chyba tylko ciepłe napoje i jakieś przekąski, ale nie ma tu dań obiadowych.


 My usiadłyśmy na zewnątrz i delektowałyśmy się herbatą z termosu. Obowiązkowy punkt na zimowej wycieczce górskiej. Co ciekawe, Rainerowa Chata jest najstarszym schroniskiem w Tatrach. Kilka pamiątkowych fotek i trzeba było iść dalej, aby nie zmarznąć. 



4. Trasa Rainerowa Chata-Hrebienok-Stary Smokowiec

Z Chaty na Hrebienok wracałyśmy czerwonym szlakiem. Jest to główny szlak w Tatrach, tzw. magistrala tatrzańska. Ten odcinek był bardzo przyjemny, praktycznie po płaskim. W tle było słychać jeszcze szumiące wodospady, a przed nami piękne zimowe krajobrazy. Do schroniska dotarłyśmy w jakieś 20 minut. 


Planowałyśmy do Smokowca zjechać kolejką. Niestety okazało się, że musiałybyśmy czekać 30 minut na przejazd. Stwierdziłyśmy, że tyle to nam zajmie zejście na nogach. Inną ciekawą opcją jest zjazd na sankach po torze saneczkowym. Można zjechać na swoich, albo wypożyczonych. Koszt wypożyczenia to około 12 euro. Sanki są drewniane i dwuosobowe. Mama mnie namawiała, ale trochę się bałam. 😂 


 Tym razem schodziłyśmy zielonym szlakiem, a obok nas zjeżdżali właśnie saneczkarze. Pod koniec były fragmenty, gdzie droga się rozdzielała. Osobno dla sanek, osobno dla pieszych. Jeśli chodzi o tor, to nie było bardzo stromych odcinków. Także teraz już bym pewnie zjechała, jak wiem, jak to wygląda. I faktycznie, zejście zajęło nam 35 minut, a cała wycieczka wliczając odpoczynek 3 godzinki. Zarówno na Hrebienoku oraz w Smokowcu są restaurację, więc w razie wilczego głodu, dacie radę. Powrót na szczęście w lepszych warunkach, a w domu czekał na nas domowy kebab autorstwa Mateusza. Cudny dzień! 



I przy okazji, w tym tygodniu świętuję 5-lecie istnienia bloga. Dzięki, że czytacie. 😉


Read more »
o grudnia 11, 2025 0
Podziel się!
Starsze posty
Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Komentarze (Atom)

Polecany post

Książki w styczniu i lutym

Popularne posty

  • No weźże mnie na wycieczkę - pomysły na prezent z okazji Dnia Dziecka [aktualizacja 2023]
     Dzień dziecka zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji mam dla Was kilka propozycji, gdzie można by się wybrać ze swoją pociechą, ale nie ...
  • Zwiedzanie zamku w Rabsztynie
     Przyszła pora podsumować kolejną wycieczkę. Tym razem zapraszam Was do zamku! Wybór padł na Rabsztyn. Już kiedyś próbowałam go zwiedzić, al...
  • Styczniowe wyprawy
     Z pierwszego miesiąca w roku staram się wycisnąć jak najwięcej pod względem podróżniczym, bo wyczuwam że luty i marzec mogą mnie trochę zaw...

Archive

  • ▼  2026 (3)
    • ▼  mar 2026 (1)
      • Książki w styczniu i lutym
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (1)
  • ►  2025 (21)
    • ►  gru 2025 (2)
    • ►  lis 2025 (3)
    • ►  paź 2025 (1)
    • ►  wrz 2025 (3)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  maj 2025 (1)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (2)
    • ►  lut 2025 (1)
    • ►  sty 2025 (2)
  • ►  2024 (25)
    • ►  gru 2024 (2)
    • ►  lis 2024 (2)
    • ►  paź 2024 (2)
    • ►  wrz 2024 (3)
    • ►  sie 2024 (2)
    • ►  lip 2024 (3)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (1)
    • ►  mar 2024 (3)
    • ►  lut 2024 (3)
    • ►  sty 2024 (3)
  • ►  2023 (37)
    • ►  gru 2023 (3)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (2)
    • ►  wrz 2023 (2)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (4)
    • ►  cze 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (4)
    • ►  kwi 2023 (3)
    • ►  mar 2023 (4)
    • ►  lut 2023 (3)
    • ►  sty 2023 (4)
  • ►  2022 (33)
    • ►  gru 2022 (2)
    • ►  lis 2022 (3)
    • ►  paź 2022 (3)
    • ►  wrz 2022 (4)
    • ►  sie 2022 (3)
    • ►  lip 2022 (3)
    • ►  cze 2022 (2)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (2)
    • ►  mar 2022 (3)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (3)
  • ►  2021 (39)
    • ►  gru 2021 (4)
    • ►  lis 2021 (3)
    • ►  paź 2021 (2)
    • ►  wrz 2021 (4)
    • ►  sie 2021 (2)
    • ►  lip 2021 (3)
    • ►  cze 2021 (3)
    • ►  maj 2021 (4)
    • ►  kwi 2021 (4)
    • ►  mar 2021 (3)
    • ►  lut 2021 (4)
    • ►  sty 2021 (3)
  • ►  2020 (5)
    • ►  gru 2020 (5)

Szukaj na tym blogu

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Podróże z książką. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.