Podróże z książką

Z wielu odbytych podróży i pasji do słowa pisanego zrodził się pomysł na bloga. Podróże z książką to miejsce, w którym odnajdziecie zarówno wpisy o tematyce podróżniczej jak i recenzje książek.

Menu

  • Strona główna
  • O mnie

marca 23, 2023

Pierwsza podróż na Podlasie

 To było tak. Zaproponowałam mamie trochę szaloną destynację na weekend. Zgodziła się i nawet szybko obmyśliła logistykę oraz oczywiście dodała do planu kilka swoich miejsc. I to właśnie od  jej propozycji - Supraśla, który był naszym pierwszym przystankiem zaczynam oprowadzać Was po Podlasiu. A w dalszej części będzie tylko piękniej. Gwarantuję. To co, lecimy? 😀


1. Muzeum Ikon w Supraślu

Podlasie jest bardzo specyficznym regionem Polski. Przede wszystkim ze względu na burzliwą historię, mamy tutaj prawdziwy mix kulturowy i religijny. Sprawdziłam statystyki, które mówią o tym, że wyznawców prawosławia mamy w Polsce pół miliona, a około 200 tysięcy znajduje się właśnie na Podlasiu. Aby dowiedzieć się trochę więcej na temat tej religii, wybrałyśmy się najpierw do Muzeum Ikon. 

Jeśli chodzi o kwestie organizacyjne, to za bilet trzeba zapłacić 20/10 zł, a otwarte jest w godzinach 10-17, od wtorku do niedzieli. Spędziłyśmy tam niecałą godzinkę. Przyciemnione światło i muzyka sakralna w tle pozwala jeszcze bardziej wczuć się w ten specyficzny klimat. Nawet jeśli wydaje Wam się, że to są tylko obrazy, gwarantuję Wam że po wizycie w tym muzeum zmienicie trochę myślenie. Ciekawa dekoracja ukazuje przede wszystkim zwyczaje ludowe powiązane z tą religią. Informacji i eksponatów jest sporo, najstarszy obraz pochodzi z XVII wieku. Warto zwrócić uwagę tez na tzw. rajskie wrota, które trafiły do muzeum stosunkowo niedawno, a podobnie jak ikona Matki Bożej, pochodzą z XVII wieku. Tak naprawdę wizyta w tym miejscu była fajnym wprowadzeniem do tego, co było później...


2. Monastyr 

Kiedy już trochę liznęłam wiedzy na temat podstawowych założeń tego wyznania, przyszła pora wejść do świątyni. W tym wypadku, wcale nie chodzi o cerkiew, ale o monastyr. Porównuje się go do klasztoru. Tutaj zwiedzanie jest możliwe tylko z przewodnikiem, a opłatą jest dobrowolna ofiara na remont. 

Nas po klasztorze oprowadzał zakonnik, którego naprawdę dobrze się słuchało. Widać było, że jest w jakiś sposób zafascynowany nie tylko tym miejscem, ale również wiarą. Monastyr jest najstarszym zachowanym klasztorem w Polsce (oczywiście mowa o tym wyznaniu). Wybudowany został w XVI wieku, ale w czasie II Wojny Światowej, został zrównany z ziemią. Przewodnik tłumaczył nam, że Niemcom zależało na zniszczeniu symbolów narodowych, więc polowali na Wawel, Warszawę, a także m.in Supraśl. Klasztor udało się odbudować po równo 40 latach, właśnie za sprawą takich dobrowolnych datków. Co ciekawe, w Supraślu znajduje się tez wizerunek Matki Bożej, który otrzymał order Orła Białego. Normalnie dostają go ludzie, a tutaj mamy taki wyjątek. Ciekawe, że to nie Matka Boża Częstochowska, tylko właśnie Ta. Łatwo się zatem domyślić, że jest to miejsce kultu i wielu pielgrzymek. W świątyni jest sporo symboli nawiązujących do stylu bizantyjskiego, m. in czarny orzeł. Czas zwiedzania to ok. 45 minut i wejście do Monastyru polecam nawet bardziej, niż Muzeum Ikon. 


Muszę jeszcze wspomnieć o tym, że udało nam się wejść na chwilę na nabożeństwo. To akurat było w Białymstoku, w cerkwi pw. Ducha Świętego. Przyznam szczerze, że to było piękne dopełnienie poznawania tej kultury. Z oczywistych względów nie robiłam zdjęć, ale jak rozmawiałyśmy z Mamą - zdjęcia, czy filmy tego nie oddadzą. Tam trzeba po prostu przyjść i zobaczyć na własne oczy. Staruszki, które ledwo chodzą, ale klękną tak, że czoło dotknie posadzki, młodych i starszych którzy swoim śpiewem i modlitwa dodają blasku tej liturgii. A do tego charakterystyczny zapach kadziła i znów to przyciemnione światło. No co więcej powiem, sobota 17. Białystok. 😀

3. Kraina Otwartych Okiennic

Pamiętam, że kiedyś mignęły mi jakieś kolorowe cerkwie na Instagramie, i tak mnie jakoś olśniło - to chyba na Podlasiu. Zaczęłam sprawdzać, będąc już na miejscu, i zaproponowałam Mamie kolejny przystanek przed miejscem docelowym. O co chodzi z tą nazwą? Otóż mieszkańcy trzech zapomnianych wiosek (Trześcianka, Puchły i Soce) postanowili wypromować trochę swój region. 


Co je wyróżnia z tłumu? Tak naprawdę wiele. Przede wszystkim, nazwa pochodzi od charakterystycznych zdobień wokół okien, czy na ścianach. Poniżej zamieszczam Wam przykładowe zdjęcie. 

Ponadto panuje tutaj charakterystyczny układ ulic. Wszystko to za sprawą królowej Bony, która mam wrażenie ostatnio mnie prześladuje (patrz, tekst o Materze 👀).  Postanowiła ona swego czasu uregulować kwestię wielkości działek. Tutaj praktycznie wszystkie są takie same. Wąskie i dość długie. No i wisieńką na torcie są te piękne, kolorowe cerkwie. Jedna w Trześciance, pw. św. Michała, cała zielona. Pierwsze cerkiew w tej miejscowości została wybudowana w XVI wieku. Co ciekawe, dopiero od kilku lat (od 2015) budynek jest w takim nietypowym kolorze. Mnie tam się bardzo podoba! Szkoda tylko, że była akurat zamknięta.


Jeśli chodzi o drugą cerkiew, a właściwie Sanktuarium Opieki Matki Bożej, to ta znajduje się w Puchłach. Legenda głosi, że swego czasu mieszkał tu mężczyzna, któremu dokuczała okropna opuchlizna nóg. We śnie objawiła mu się Matka Boża, która go uzdrowiła. Stąd nazwa miejscowości. Początki tej cerkwi również datuje się na XVI wiek, a od 2003 wpisana jest do krajowego rejestru zabytków. No i trudno się dziwić, jest piękna. Niestety udało nam się zajrzeć do środka tylko przez okno. Do ostatniej miejscowości już nie podjechałyśmy, bo wyczytałam że nie ma tam nic specjalnego. Natomiast tuż obok cerkwi, znajduje się fajna kładka i punkt widokowy. Polecam rozejrzeć się po okolicy.


No dobrze, a na koniec wyobraźcie sobie, że jest sobota, godzina 14. Sobota to dzień porządków, krzątaniny. A tu, koło domów żywego ducha, tylko psy leniwie wylegujące się na słońcu. Próbowałam je jakoś zaczepić, żeby dały głos, ale w ogóle nie były mną zainteresowane. Mało tego, auto przejeżdża tamtędy co dziesięć minut. Jedno! Mijamy chłopców na hulajnogach, a ci, traktując nas jako żywą atrakcję, uśmiechają się i machają.  Czy trzeba Was dalej namawiać? 




Read more »
o marca 23, 2023 10
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

marca 15, 2023

Wizyta na Pomorzu - 4 zupełnie inne miejsca

 Luty już dawno przeminął, a ja wciąż nic nie napisałam na temat mojej wizyty na Pomorzu. Pora nadrobić zaległości. Dziś zabieram Was do świetnego muzeum w Łebie, fotogenicznego miejsca na Helu, zagadkowego rezerwatu i na koniec oczywiście do zamku. Brzmi intensywnie? Tak właśnie było. 


1. Illuzeum w Łebie

Słyszysz Łeba i myślisz przede wszystkim Wydmy, prawda? Ja też tak miałam. Na szczęście dzięki książce od Mikołaja (Gdzie w Polsce na weeekend) trafiłam na rozdział poświęcony muzeum iluzji i złudzeniom optycznym. Stwierdziłam, że nastała idealna pora na sprawdzenie tego miejsca. Muzeum znajduje się przy głównym deptaku, więc nie sposób go przegapić. Aktualnie (poza sezonem) muzeum jest czynne tylko dwa dni w tygodniu - we środę oraz sobotę w godz. 10.00-16.00 Cena za bilet wynosi 25 zł/30 zł. My spędziłyśmy tam 1.5h i przynajmniej tyle trzeba sobie zarezerwować. 

Powiem szczerze, że po muzeum iluzji w Krakowie, tu spodziewałam się przede wszystkim fajnych spotów do zdjęć. Byłam w błędzie. Illuzeum jest nastawione przede wszystkim na doświadczanie i eksperymentowanie. Przy każdym stanowisku jest opis zadania i wyjaśnienie. Przykładowo, pierwsze z zadań polegało na przeczytaniu w najszybszym czasie kolorów, które widzimy, a nie ich nazw. Na pewno wiecie o co chodzi, biały był napisany w kolorze czerwonym, a Ty miałeś powiedzieć właśnie jaki kolor widzisz. Mnie osobiście najbardziej podobało się stanowisko z lewitującą piłką i prawdziwy ogromny kalejdoskop. Byłam z moją siostrą, mamą i babcią i każda z nas znalazła tam coś dla siebie. Nudy zdecydowanie nie było. W muzeum znajduje się też sklepik z zabawkami tematycznymi, więc można wyjść z fajną pamiątką. Chodźmy jednak dalej. 😀

2. Huśtawki na Helu

Na początku muszę sprostować, że nie byłyśmy tego samego dnia w Łebie i na Helu, bo to dwa przeciwległe kierunki. Najpierw podjechałyśmy pod Latarnię Morską, która niestety jest zamknięta, a następnie sprawdziłyśmy kolejne miejsce,  Muzeum Obrony Wybrzeża. Tutaj też w internetach pisali prawdę, że niestety obiekt poza sezonem nieczynny. Myślałam, że może jest dostępna chociaż eskpozycja na zewnątrz, ale niestety również nie. Będzie pretekst do ponownego odwiedzenia. W takim razie, szybko zaproponowałam spacer do słynnych huśtawek na Helu.



Takie hasło wpisałyśmy w gps, zaprowadziło nas to do głębokiego lasu, na dzikim parkingu zostawiłyśmy auto i na szczęście nie byłyśmy jedyne. Co mnie zdziwiło? Kolejka do huśtawek. Nie spodziewałam się, że poza sezonem trzeba będzie chwilę poczekać. Co tutaj się musi dziać w lecie, to nawet nie chcę wiedzieć. Znajdziemy tutaj dwie huśtawki, zaraz obok siebie. Jedna mniejsza, bardziej kameralna i druga nieco szersza z napisem Hel <3. Na pamiątkę wstawiam tutaj swoje ulubione zdjęcie z tego wyjazdu. Moja kochana Babcia 😍. 


3. Rezerwat przyrody Beka

Najpierw wyjaśnię ciekawą nazwę tego rezerwatu. Beka oznacza dawny harpun do połowu fok. Generalnie wybrałyśmy się tam, ponieważ okolice rezerwatu nazywane są Kaszubską Atlantydą. Przed laty była tutaj rybacka osada, ale w wyniku erozji rzecznej zniknęła z powierzchni. Pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z XVI wieku, więc naprawdę to wieki temu.

Mieszkańcy byli stale narażeni na fale morskie i potrafili wiele dni chować się na strychach, aby jakoś przeżyć te trudne warunki. Dziś nie znajdziemy tam już domów, a jedynie resztki kamieni i krzyż. Cała historia jest dla mnie bardzo ciekawa i zagadkowa, tym bardziej że nawet rodowici mieszkańcy Pomorza, nie słyszeli o tym miejscu. Rezerwat jest fajnym miejscem po prostu na spacer w okolicy Trójmiasta, ale też na wycieczkę rowerową, ponieważ wytyczony jest tam szlak rowerowy. Przyznajcie, że naprawdę na zdjęciach prezentuje się to bardzo ładnie. Parkowałyśmy znów trochę na dziko, przy drodze. I znów, nie byłyśmy jedyne. Podaję Wam tutaj współrzędne:54.6524881414912, 18.469051262914903. 


4. Zamek w Kwidzyniu

A na koniec dwa słowa, o zamku, który trochę mnie w środku rozczarował. Kto czyta uważnie bloga, ten wie, że nie pierwszy raz wychodzę z jakiegoś zamku zawiedziona. Podobne odczucia miałam w Malborku, Krasiczynie czy Mosznej. Dlaczego więc o w ogóle wspominam o tym miejscu? Moim zdaniem, warto przespacerować się pod zamek i wejść na dziedziniec. Wydaje mi się, że można wtedy ładnie uśmiechnąć się do pani w okienku i poprosić o samo wejście na dziedziniec, albo poprosić o skorzystanie tylko z toalety. Tuż obok znajdziemy piękny widok na latrynę. Wieże mają aż 25 metrów wysokości i robią wrażenie. 

Jeśli jednak macie trochę wolnego czasu i chcecie na własnej skórze, sprawdzić czy miałam rację, możecie wejść do środka. Cena za bilet to 16/20 zł. Nam zwiedzanie zajęło godzinkę. Muzeum zamkowe jest czynne od wtorku do niedzieli w godzinach 9.00-15.00. Na miejscu znajduje się nieduży bezpłatny parking. No dobrze, a co takiego w środku mnie rozczarowało? No przede wszystkim tylko jedna oryginalna sala. Ekspozycje są poświęcone tematom zupełnie niezwiązanym z historią zamku. Jest wystawa o scyzorykach, o zwierzętach w lesie, o rozwoju ważki, o parkach narodowych. I raczej nie ma tutaj miejsca na jakieś super multimedialne atrakcje, poza mapą z przyciskami. A przynajmniej, tylko to zapamiętałam. Poza tym miałam też takie subiektywne odczucie, że nie jesteśmy tam mile widziane. W środku było zimno i naprawdę ogrzewana była chyba tylko jedna sala. Sami zdecydujcie, czy warto. 😀

No dobrze, to które miejsce Wam się najbardziej podoba? 


Read more »
o marca 15, 2023 6
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

marca 09, 2023

Czytelnicze podsumowanie lutego

 Czy najkrótszy miesiąc w roku oznacza najmniej przeczytanych książek? No na to wychodzi, że nie. Udało mi się przeczytać o jedną więcej niż  w styczniu i w sumie całkiem przyzwoity był ten miesiąc jeśli chodzi o jakość. Zapraszam 😀.

1. It ends with us & It starts with us

Akurat tak się złożyło, że obie części chyba najpopularniejszej serii Coolen przeczytałam w jednym miesiącu. Postanowiłam podsumować je razem, chociaż tak naprawdę są bardzo różne. Zacznijmy od tego, że w ogóle okładka pierwszej części jest według mnie przepiękna. Aż chciało się sięgnąć po tę książkę. Poznajemy w niej Lily Bloom, która właśnie postanawia zrealizować swoje marzenie i otworzyć własną kwiaciarnię. Jakby brakowało jej atrakcji w życiu, spotyka przystojnego lekarza Ryle'a. Mają zupełnie inne podejście do relacji, jednak to sprawia że rodzi się między nimi fascynacja i chęć poznawania siebie nawzajem. Zakochują się w sobie bez pamięci, ale dość szybko Lily przestaje patrzeć na ten związek przez różowe okulary. Główna bohaterka pochodzi z domu przemocowego i ma w sobie bardzo mocne postanowienie zbudowania zdrowej i normalnej relacji. Niestety ta z Ryle'em szybko przestaje być taką wymarzoną. Ukochany Lily jest bardzo zazdrosny o jej byłego chłopaka, na którego niespodziewanie wpada w Bostonie. Między parą dochodzi do sprzeczek, a później głośnych awantur. Ich relacja jest pełna wzlotów i upadków. Zaręczają się, biorą ślub, spodziewają narodzin dziecka, a jednocześnie zapewnienia Ryle'a o tym, że to był już ostatni raz, nie przynoszą efektu. Lily staje przed trudnym wyborem, zostawić męża, który ją bije, czy zostać z nim ze względu na dziecko? Nie chcę tutaj zdradzać za dużo, ale druga część niezależnie od decyzji jest nowym początkiem. Lily zostaje matką i musi sprostać kolejnym wyzwaniom. W pierwszej części mocno jej kibicowałam i jednocześnie współczułam, a w drugiej po prostu towarzyszyłam. Wiedziałam, jakie będzie zakończenie i według mnie można było sobie darować tę drugą część. Moim zdaniem czasem lepiej, żeby dalsze losy głównego bohatera zostały tylko w wyobraźni autora, albo czytelnika. Daję 7/10. 

2. Miasteczko Twin Falls

W małym i zapomnianym miasteczku przed laty dochodzi do okropnej zbrodni. Ofiarą była nastolatka, która umarła w wyniku utonięcia, a ponadto przed śmiercią była torturowana. Ta tragiczna historia wstrząsnęła społecznością lokalną. Tym bardziej, że za zabójstwo został skazany szkolny pedagog. Po dwudziestu latach do miasteczka przyjeżdża pewna młoda podcasterka, którą bardzo zainteresowała się ta sprawa. Zaczyna w niej grzebać, a to sprawia że odzywają się demony przeszłości. Nikomu to nie jest na rękę, ani uczniom którzy mieli przez lata zapewnione fałszywe alibi, ani emerytowanej policjantce, która złamała prawo przy prowadzeniu tej sprawy. Brzmi ciekawie? Mam nadzieję, że tak. Ja bardzo lubię takie małomiasteczkowe historię, w których panuje zmowa milczenia i praktycznie każdy jest w jakiś sposób winny. Im bardziej poznajemy tę historię i cofamy się w czasie, tym bardziej teraźniejszość się komplikuje. Ktoś bardzo nie chce, żeby prawda wyszła na jaw. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o rozwiązanie tej zagadki, to autorka totalnie wywiodła mnie w pole. Dla mnie najlepsza książka w tym miesiącu! 11/10

3. Ostre przedmioty 

Książka czy film? No wiadomo, że książka. A czy macie też ustaloną kolejność? Zawsze najpierw książką, a potem film? Albo na odwrót? U mnie ta kolejność nie ma znaczenia, ale w tym wypadku najpierw obejrzałam z polecenia koleżanki, serial. Idealnie złożyło się  z moim przeziębieniem, więc miałam co robić (oczywiście na zmianę z czytaniem). Skupmy się jednak na książce, bo to przecież o niej mowa. Znów mamy podobny motyw małego miasteczka i dziennikarki śledczej, która wraca do swoich korzeni. Przede wszystkim ze względu na okrutne zbrodnie dokonane na dwóch małych dziewczynkach. To w jej rodzinnym mieście przed laty zmarła jej ukochana siostra. Powrót do swojego miasteczka i pobyt z toksyczną matką jest dla niej bardzo trudny. Camille tak naprawdę nigdy nie poradziła sobie z ta stratą, a tak naprawdę to nie był jedyny koszmar jakiego doświadczyła. Na pewno autorka książki poradziła sobie lepiej z budowaniem napięcia, ale miałam wrażenie że tutaj było też dużo więcej wskazówek naprowadzających na rozwiązanie zagadki. To już Wam zostawiam do rozważenia, czy to na plus, czy na minus. Daję mocne 8/10, a serial tez polecam! 


Podsumowanie miesiąca odhaczone, można zabierać się za następne książki. Dajcie znać, co Wy dobrego czytacie? 👀

Read more »
o marca 09, 2023 4
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

marca 04, 2023

Z wizytą w krakowskim muzeum. Coś dla dużych i małych.

 Dawno nie było wpisu o Krakowie, dlatego pora odświeżyć trochę temat. Dziś mam dla Was relację z dwóch bardzo ciekawych wystaw. Jedna jest świetną opcją na rodzinny niedzielny wypad, a druga na nietypową randkę, czy spotkanie z przyjaciółmi. Każdy powinien być zadowolony. 😀


1. Trzepaki, Reksio, Atari & Atomowa groza. Schrony w Nowej Hucie

Skąd takie połączenie? Otóż w ramach biletu do Muzeum Nowej Huty mamy wejście na te dwie wystawy. Bilety kosztują 16/12 zł, a oddział czynny jest od środy do niedzieli w godz. 10-18. Środa jest dniem darmowego wejścia. My wybraliśmy się tam w weekend i póki co, jest bardzo dużo ludzi. Wystawa czasowa "Trzepaki, Reksio, Atari" miała swoje oficjalne otwarcie 17 lutego, więc temat jest dość świeży. 

Bardzo fajnym pomysłem są dwie ścieżki zwiedzania. Jedna jest dla dorosłych, a druga dla dzieci - oznaczona kolorem pomarańczowym. Wystawa poświęcona jest zabawkom i rozrywkom w czasach PRL-u. Wielu dorosłych, przechadzając się między ekspozycjami, mówiło z podekscytowaniem "Ja też takie miałem/miałam". No wiadomo, byłam jedną z nich. Co tam konkretnie znajdziemy? Trochę historii na temat wyżu demograficznego i budowania tysiąclatek. A jak dzieci, to czas wolny. Ponadto, na przełomie lat 60 i 70 bardzo rozwinęło się w Polsce harcerstwo. W latach 70 te młodzieżowe wspólnoty liczyły już ponad 2 miliony członków. W tamtych czasach to było bardzo atrakcyjne miejsce dla rozwoju młodego człowieka. Jednak oprócz harcerstwa, rozwinęła się wtedy moda na komiksy. Im też poświęcona jest cała osobna witryna. Znajdziemy też przeróżne zabawki, od szachów, bierek, przez grzybobranie, bączki, hula-hop itp. A w centrum wystawy stoi trzepak. No któż nie miał na swoim podwórku trzepaka? 😀

 Warto jednak uświadomić sobie przy okazji wizyty w muzeum, że nie wszystkie zabawki były na wyciągnięcie ręki, jak teraz. Ważnym punktem dziecięcych marzeń były kioski Ruchu, a dla bardziej zamożnych tzw. Pewexy, w których wolno było płacić tylko dolarami lub bonami. Wiele zabawek też wraca, dzieci dalej lubią zbierać karty piłkarskie, czy projektować papierowe ubranka dla lalek. Dla najmłodszych zwiedzających przygotowane są kąciki zabaw. Są dwie tablice do grania w państwa-miasta, albo po prostu swobodnego malowania. Mamy stolik do puszczania bączka, mini bilard, miejsce z klockami lego i przestrzeń na wygibasy z hula-hopem i skakanką. Generalnie dzieje się. 😀


Tak, jak napisałam na początku, bilet uprawnia nas do wejścia na jeszcze jedną wystawę. Część znajduje się w tym samym miejscu, w podziemiach. Natomiast drugi schron, do którego możemy wejść jest zlokalizowany pod budynkiem Zespołu Szkół Mechanicznych nr 3 (osiedle Szkolne). Według mnie zdecydowanie warto skorzystać z tej możliwości i zajrzeć do prawdziwego schronu. Miejsce w teorii miało uchronić od niektórych skutków wybuchu atomowego.


Oczywiście czysto teoretycznie, bo to nigdy nie zostało przetestowane w praktyce, a poza tym budowę schronów rozpoczęto w latach 50. Z historii dowiedzieliśmy się, że trochę było to robione na łapu-capu i dziś większość schronów jest bezużyteczna oraz wymaga gruntownej modernizacji. Tutaj jest już zdecydowanie mniej elementów dla młodszych turystów, ale jeśli macie możliwość, to polecamy. Mateuszowi dużo bardziej podobała się ta część wystawy. 

2. Muzeum  Fabryka Wódki

No dobrze, to teraz coś z zupełnie innej beczki. Jakiś czas temu, wybraliśmy się w piątkowy wieczór do nietypowego muzeum. Muzeum Fabryki Wódki mieści się na ulicy Fabrycznej 13, na terenie byłego Polmosu. Bilety kosztują 49/59 zł. W zależności od opcji z degustacją, albo bez. Muzeum jest czynne od wtorku do niedzieli, w godzinach 11-19. Zwiedzanie rozpoczyna się od projekcji krótkiego filmu w małej salce, przerobionej na kinową. Po takim ciekawym wprowadzeniu, przyszła pora na spacer po terenach byłej fabryki.

 Wystawa jest przemyślana i wszystko jest uporządkowane chronologicznie. Przenosimy się najpierw do początków przemysłu gorzelniczego, który został zapoczątkowany (uwaga...) w Niemczech. Też byłam zdziwiona! Jeśli chodzi o Polskę, to pierwsze wzmianki pojawiły się m.in za panowania Leszka Czarnego. Alkohol miał pomóc w rozwiązaniu jego problemów z płodnością. Ponoć pomógł, chociaż potomka nie zostawił. 😉  I tak od średniowiecza i leczniczych właściwości alkoholu, przechodzimy dalej by poczytać o tym, jaką rolę pełniła uprawa ziemniaków w produkcji. Rozwój gorzelnictwa w XIX wieku spowodował ogromną nadprodukcję wódki. W końcu ziemniaki były produktem łatwo dostępnym. W tamtych czasach przypadało 12 litrów na osobę. Obecnie to ok. 3-4 litry. Dla mnie najciekawsza była imitacja baru i informację o różnego rodzaju koktajlach, szklankach, zwyczajach towarzyskich. A także przechadzanie się po terenie byłej fabryki, z której wiele elementów zostało udostępnionych. Można powiedzieć, że Polmos był takim małym miastem w mieście. Pracownicy mieli tutaj swoją przychodnie, przedszkole itp. Trochę jak osiedle robotnicze w Nikiszowcu. 


Ostatnim elementem zwiedzania jest degustacja wybranego koktajlu w restauracji. Przyznam szczerze, że dawno nie piłam tak dobrego drinka. 😀 Wzięłam tam już kilka osób i póki co, zbieram pochwały. A na poważnie - czy muzeum spodoba się abstynentom? Według mnie tak. Po pierwsze, jest bardzo nowoczesne. Wiadomo, treści jest dużo, ale są zaprezentowany w ciekawy i różnorodny sposób. Po drugie, w muzeum przeczytamy również o negatywnych skutkach alkoholu, o próbach walki z alkoholizmem w czasach PRL-u. A po trzecie, zamiast drinka, można zamówić lemoniadę podobną w smaku i wierzcie mi, to jest naprawdę złoto! Jest przepyszna! Na muzeum trzeba przeznaczyć godzinkę + jeszcze czas na degustację. 


No dobra, to które muzeum wybieracie? 👀


Read more »
o marca 04, 2023 4
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

lutego 21, 2023

Podróż do Matery

Za co kocham podróże? Za to, że poszerzają moje horyzonty i uczą mnie cierpliwości w dążeniu do realizacji swoich marzeń. Zdjęcia z Matery zaczęłam przeglądać już nieco ponad rok temu. A kilka dni przed wyjazdem, robiłam to parę razy dziennie. Nie spodziewałam się, że na żywo Miasto wykute w skale wywoła we mnie taką euforię i łzy wzruszenia. Ostatnim razem mowę odebrało mi podczas zwiedzania Skalnych Miast, a tu minęło pół roku i proszę... Dziś wpis o tym, jak dojechać do Matery, których punktów nie można pominąć i dlaczego tak ważny jest kontekst historyczny. Zapraszam. 😊
 
1. Historia Matery

Matera jest uznawana za jedno z najstarszych miast na świecie. Początki sięgają czasów kamienia łupanego. Znajdziemy tu liczne przykłady osadnictwa jaskiniowego. Jak to się stało, że one przetrwały? Otóż mieszkańcy Matery mieszkali w jaskiniach do lat 50 XX wieku. Brzmi niewyobrażalnie, prawda? A jednak, tak właśnie było. Ci, którzy mieli więcej mieszkali u góry, bliżej cywilizacji. A biedniejsi zajmowali bardziej odległe tereny. Włosi wstydzili się tego rejonu, była to ich największa ujma. Tutaj ludzie mieszkali w grotach razem ze swoimi zwierzętami domowymi. Powiedzieć, że warunki bytowe były opłakane to jak nic nie powiedzieć. Śmiertelność niemowląt wynosiła 50%... 


Rząd zajmował się przede wszystkim rozwojem północy kraju, a południe zostawił tak naprawdę na pastwę losu. W końcu w 1954 postanowiono wysiedlić ludzi z tej części miasta na obrzeża, gdzie wybudowano nowe budynki. Jednak mieszkańcy byli bardzo zżyci ze swoim najbliższym otoczeniem, z domem, z sąsiadami dlatego próbowali wracać. Najpierw zakradali się w nocy, później zostawali na dłużej i ukrywali się.  Aby rozwiązać ten problem, niekiedy trzeba było zamurować drzwi wejściowe by w końcu całkowicie pozbyć się ludzi z tamtych terenów. Przez około 30 lat ta część miasta była niemalże wymarła. W 1986 rząd pozwolił wrócić mieszkańcom do swoich domów pod warunkiem gruntownego wyremontowania nieruchomości. Aby zachęcić ludzi, przyznawano nawet spore dofinansowanie. Skąd my to znamy. 😏 


Miasto odżyło, jednocześnie zachowując swój niepowtarzalny klimat. W 1993 zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dzisiaj jest jednym z najszybciej rozwijających się miast we Włoszech. Dużą sławę Materze przyniosły kręcone na jej terenie filmy, takie jak Wonder Women, Pasja czy najnowszy Bond. Sama dowiedziałam się o tym mieście właśnie dzięki początkowym scenom w "No time to die". To była miłość od pierwszego wejrzenia. Przyznajcie, że warto wiedzieć coś więcej, przechadzając się po tych pięknych ulicach...

2. Jak dojechać?

Postaram się opisać ten wątek dość dokładnie, bo podczas naszej podróży byliśmy świadkami wychodzenia z pociągu, nerwowego rozglądania się i dopytywania przez innych Polaków czy na pewno dobrze jedziemy. Najbliższe lotnisko znajduje się w Bari. O tym, jak dojechać z lotniska do dworca, napisałam dokładnie w w poprzednim wpisie. 

Po pierwsze, musimy zlokalizować właściwy dworzec kolejowy. Nie jest to takie łatwe, ponieważ w Bari są aż 4 dworce. Warto po prostu zapytać kogoś z obsługi, niż błądzić po budynkach. Dla podpowiedzi zamieszczam zdjęcie tego właściwego. 

Pociąg docelowo ma jechać do Graviny i przejeżdżać przez Altamurę. W tej miejscowości czeka nas albo przesiadka, albo chwilowy postój, ponieważ cześć wagonów może być odpinana i kierowana właśnie do Matery. Nam się trafił bezpośredni pociąg z podpisanymi wagonami, dwa pierwsze były do Matery Sud, a dwa ostatnie do Graviny. Matera Sud to stacja końcowa, wysiadamy na przedostatnim przystanku o nazwie Matera Centrale. Wracaliśmy już z przesiadką, Altamura była przystankiem końcowym. Wtedy musieliśmy tylko przejść na inny tor i dosłownie za minutkę podjechał pociąg do Bari. Nie trzeba kupować osobnych biletów, wystarczy jednoprzejazdowy. My kupiliśmy od razu w automatach bilety w obie strony i jeden kosztował 5,80 euro. Czas przejazdu to ok. 1h 50 minut, a pociągi kursują +/- co 2h. Może brzmi to skomplikowanie, ale naprawdę takie nie jest. My daliśmy radę i służyliśmy pomocą innym, mimo że sami opieraliśmy się na wiedzy z internetów. 👀

3. Co zobaczyć? 

No dobrze, to teraz pora na najważniejsze. Zanim jednak opowiem Wam, jak wyglądał nasz spacer, muszę zaznaczyć że na zwiedzanie Matery warto przeznaczyć przynajmniej jeden cały dzień. Jest tu sporo zakamarków, schodów, ukrytych zaułków. Trzeba mieć czas, żeby się zgubić i odnaleźć. GPS będzie Wam świrował, uwierzcie na słowo. Koniecznie znajdźcie też czas na kawę w tym magicznym miejscu i delektujcie się nim. Już wtedy wiedziałam, iż będę wracać do tych chwil jeszcze wielokrotnie. Zdecydowanie zostawiłam w Materze kawałek swojego podróżniczego serca. Już opowiadam dlaczego.


  • Plac Vittorio Veneto i Palamboro Lungo
To tam skierowaliśmy swoje kroki, kiedy wysiedliśmy z pociągu. Plac Vittorio Veneto jest głównym placem Matery z pięknym tarasem widokowym. Mamy tutaj trzy balkoniki i bajkową panoramę. Do tego w tle słychać było ulicznych grajków, wszystko tworzy niepowtarzalny klimat. Z dworca do historycznego centrum to około 10 minut spacerkiem. Na placu było naprawdę sporo ludzi i nie chcę wiedzieć, co tu się dzieje w sezonie. Jednak teren do zwiedzania jest rozległy, więc to było na szczęście jedyne miejsce, w którym były tłumy. Pod placem znajduje się ogromna cysterna na wodę, którą wykorzystywano do 1920 roku. Dziś można ją zwiedzać, ale my akurat odpuściliśmy sobie podziemny spacer, ponieważ wyczytałam że trwa on bardzo krótko. Pojemność cysterny to ok. 5 milionów litrów. Za zwiedzanie Palamboro Lungo trzeba zapłacić 3 euro, w czasie sjesty obiekt jest zamknięty (między 12.30, a 15). 


  • Punkt widokowy na kościół San Pietro Barisano
Następnie w GPS wklepałam nazwę tego kościoła i dość szybko się zgubiliśmy. A to dlatego, że nie doczytałam dokładnie, że szukamy widoku na słynną dzwonnicę tego kościoła, a nie samego kościoła. To jednak miało swoje plusy, bo oderwaliśmy się od tych tłumów. Przyznajcie, że ten widok jest równie piękny, a brak ludzi tylko dodaje uroku. Kościół San Pietro Barisano wybudowano w ok. 1000 roku i uchodzi za najstarszy w mieście, ale niestety w środku został okradziony i zniszczony w czasie eksmisji mieszkańców. 


  • Punkt widokowy obok klasztoru Sant'Agostino 
Uwielbiam w podróżowaniu te momenty, kiedy wydaje mi się, że już zobaczyłam ten najpiękniejszy widok ever w danym miejscu, a tu tuż za rogiem czeka kolejny przedni widok. Koniecznie przespacerujcie się w stronę klasztoru Sant'Agostino by zobaczyć teraz Materę z jeszcze piękniejszej perspektywy. To chyba najbardziej rozpoznawalny punkt miasta i ciężko się dziwić. W okolicach klasztoru zrobiliśmy sobie też przerwę na małą kawkę. W związku z podróżą poza sezonem, sporo kawiarni/restauracji było zamkniętych, więc miejcie to na uwadze. 😏


  • Casa Grotta - dom wykuty w skale 
Obejrzeliśmy już kilka punktów widokowych, głównie z góry. Pora wejść w głąb miasta i odczuć klimat tego miejsca jeszcze bardziej. Jeśli mamy zwiedzić coś w środku, to zdecydowanie niech to będzie  jeden z udostępnionych dla turystów, domów w skale. Wejście kosztuje 2 euro. Płatność możliwa tylko gotówką i warto mieć jakieś pieniążki przy sobie, bo próżno szukać tam bankomatu. Ciężko uwierzyć, że ludzie żyli w takich warunkach tyle lat. 
  • Katedra w Materze 
Kolejnym ważnym punktem w Materze, który również polecam zwiedzić w środku jest Katedra. Wzniesiono ją w centralnym punkcie miasta, pomiędzy dwoma najstarszymi dzielnicami miasta. Ja kupiłam (przez przypadek, bo chyba można tylko do kościoła 👀) bilet łączony do muzeum i katedry za 5 euro. No muzeum mnie nie zachwyciło, więc przemknęłam przez nie błyskawicznie. Kościół jest trójnawowy, a jego wnętrza są ozdobione w stylu barokowym. Ciężko oderwać oczy, od tego złota. Moją uwagę najbardziej przyciągnęła drewniana szopka i ołtarz główny.  Spod Katedry rozciąga się również piękna panorama miasta i znów spotkaliśmy ulicznego grajka. Nic tylko siedzieć, słuchać i oglądać...

  • Kościół Santa Maria di Idris
Jednak to wcale nie Katedra zdobyła moje serce w kwestii lokalizacji i widoku. W skale wykuwano nie tylko domy, ale również kościoły. I to właśnie kościół Santa Maria di Idris jest tym najpiękniej położonym. Pochodzi z XIII wieku i znajduje się na wapiennym klifie. Nie musicie wchodzić do środka, ale idźcie przypatrzeć się z bliska temu budynkowi. Poza tym tuż obok kościoła znajduje się kolejny taras widokowy i to nie byle jaki. Zobaczycie tam, kolejny element rozpoznawczy Matery, czyli most wiszący. No robi wrażenie. Aż żałuję, że mieliśmy tylko jeden dzień na zwiedzanie, bo byłoby co robić. 


  • Kościół San Pietro Caveoso
Jeśli mało Wam pięknych widoków, tuż obok kościoła Santa Maria di Idris, znajduje się drugi. Położony nieco wyżej, ale warto się tam wdrapać dla pięknej panoramy. Rozciąga się tam widok na kanion rzeki Graviny. W drodze do tego kościołka widzieliśmy też bardzo fajną kawiarnię z poduszkami, niejako wśród skalnych zakamarków. Jeśli macie ochotę na kawę/drinka w niecodziennym miejscu, szukajcie jej właśnie tam. Natomiast, wejście do jednego i drugiego kościoła jest płatne, ale można kupić łączony bilet na oba. W Materze jest bardzo dużo kościołów (co pewnie zauważyliście) i niektóre z nich są ogólnodostępne, więc wchodziliśmy właśnie do tych otwartych i ja zwiedziłam jeszcze Katedrę. Polecam takie rozwiązanie. 
  • Palazzo Lanfranchi Matera i punkt widokowy Belvedere di Piazza Giovanni
Myśleliście, że to tyle? Ależ skąd! Staram się opowiadać o miejscach, które zwiedzaliśmy po kolei i w ten sposób pokazać przykładową trasę spacerową. Jednym z kolejnym pięknych budynków w Materze jest pałac wybudowany w XVII wieku. Pierwotnie było tu seminarium, później szkoła, a dziś siedziba Narodowego Muzeum Sztuki Średniowiecznej i Współczesnej Basilicata. My nie wchodziliśmy do środka, bo mieliśmy trochę ograniczony czas, ale jeśli jesteście w Materze dłużej niż jeden dzień i lubicie muzea, to wpadnijcie. Tuż obok Pałacu znajduje się kolejny punkt widokowy. Mamy tutaj kilka balkoników, więc jest szansa na selfie bez tłumów. 😀 Przy pałacu znajduje się też główny deptak, zatem ludzi również było więcej. A jak ludzie, to też kawiarnie i restaurację. Niestety nam się nie udało skorzystać, bo akurat była wtedy sjesta. Po drodze na dworzec wstąpiliśmy jeszcze do parku im. Jana Pawła II. Tak jakby mało nam było chodzenia... 😊


No dobrze, to teraz trudne pytanie. Które zdjęcie najbardziej Wam się podoba? 😍




Read more »
o lutego 21, 2023 6
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

lutego 13, 2023

Przewodnik po Bari

 Na moim blogu znalazło się już kilka zagranicznych wpisów. Wszystko przecież zaczęło się od stolicy Słowenii, ale poza tym jest też m. in przewodnik po Pradze, Wiedniu, Dreźnie, Egerze,  Atenach oraz Słowackich Tatrach, czy Skalnych Miastach w Czechach i Saksonii. Pora na kolejny kraj, czyli cudne Włochy. Dziś zapraszam na przewodnik po Bari. Będzie lista miejsc do zobaczenia, poradnik jak dostać się do centrum i oczywiście, co zjeść. Zapraszam! 


1. Loty do Bari

Bari pewnie wszyscy kojarzą z tanimi lotami i prawidłowo. My rezerwowaliśmy loty z około miesięcznym wyprzedzeniem i zapłaciliśmy za nie 600 zł. Można by było taniej, ale organizacja wyjazdu nie była taka łatwa. Wręcz powiedziałabym, że mieliśmy dużo przeszkód, ale na szczęście się udało. Wylatywaliśmy z Krakowa, ale loty są dostępne z kilku polskich miast. Niedawno wyczytałam w jakieś rolce na Instagramie, że im później się odprawiamy, tym większe szansę na dobre miejsca. Testowałam tę informację i faktycznie tak jest. Z trzech lotów (mieliśmy jedną przesiadkę w Wiedniu), dwa razy udało nam się trafić rząd premium i to jeszcze z miejscami obok siebie. Wiadomo, to na pewno nie jest reguła, ale polecam zaryzykować. 😎 Lot z Krakowa do Bari zajął nam 1h 30 minut.


2. Dojazd z lotniska do miasta

Generalnie z lotniska do centrum można dostać się na kilka sposobów : 

  • Autobusem miejskim (linia 16), kursuje +/- co godzinę, koszt biletu 1.5 euro. Przejazd trwa ok 40 minut. 
  • Autobusem prywatnym, kursuje podobnie jak miejski, koszt biletu to 4 euro. Przejazd trwa 25 minut. 
  • Pociągiem, kursuje co pół godziny, koszt biletu to 5 euro. Przejazd trwa 15 minut. 
  • Taksówką, przejazd podobnie jak pociągiem, a koszt to w okolicach 25 euro (ale nie sprawdzaliśmy). 
My w jedną stronę jechaliśmy autobusem prywatnym, a w drugą pociągiem. Chcieliśmy jechać miejskim, ale w Bari byliśmy o 7.30, a pierwszy autobus był chyba dopiero o 9, więc bez sensu było tyle czekać. Stacją końcową był dworzec główny w Bari Centrale i tam wysiedliśmy. Do Starego Miasta mieliśmy około 20 minut spacerkiem. 


3. Gdzie spać

Podczas szukania noclegów, zależało mi stosunkowo fajnej lokalizacji. Najpierw pomyślałam, że hotel blisko plaży byłby dobrym rozwiązaniem, ale zrobiłam szybkie rozeznanie i najlepszą lokalizacją okazało się Stare Miasto. Po pierwsze, do najważniejszych miejsc jest blisko, a poza tym im bliżej starówki, tym bezpieczniej. I faktycznie, nie chciałabym spać gdzieś w okolicach Dworca. Byliśmy tam dwa razy wieczorem, raz sprawdzić połączenie do Matery, a potem drugi raz wracając z niej i jest tam dużo szemranego towarzystwa. Bari dzieli się na Nowe i Stare Miasto.  W Nowym znajdziemy długą (chyba na kilometr) alejkę z przeróżnymi sklepami, które przyciągają tłumy ludzi. Niby widzieliśmy patrolujących policjantów, ale jakoś to nie wzmacniało mojego poczucia bezpieczeństwa w tych miejscach. Zarezerwowaliśmy pokój bardzo blisko Bazyliki św. Mikołaja, tutaj podsyłam Wam link na bookingu. 

4. Co zwiedzić

No dobrze, to teraz pora na miejsca których nie możecie pominąć w czasie wizyty w Bari :

  • Bazylika św. Mikołaja
Przede wszystkim ze względu na polski akcent w środku. Znajdziemy tam bowiem grobowiec królowej Bony, która pochodziła właśnie z Bari. Ciężko go przegapić, ponieważ znajduje się w centralnym punkcie kościoła. Warto jeszcze wznieść oczy ku górze i podziwiać piękny sufit. Wejście jest darmowe. 

  • Katedra św. Sabina 
Pozostając dalej w klimacie sakralnym, drugim ważnym kościołem jest katedra św. Sabina, czyli pierwszego patrona Bari. W środku zarówno jeden, jak i drugi kościół są dość surowe, sprawiają (przynajmniej to moje odczucia) trochę wymarłych. Katedra jest otwarta rano i popołudniu (od 16.30). Chodźmy jednak nieco dalej. 

  • Zamek
Spacerując po Starym Mieście, na pewno miniecie nieraz zamek. Kto mnie zna, ten wie, że mam do nich słabość. Jednak dość często ich zwiedzanie kończy się moim rozczarowaniem, bo wnętrza nie mają nic wspólnego z historią/ ekspozycja jest po prostu nudna. W tym wypadku polecam wizytę w środku tylko prawdziwym pasjonatom. Zamek lata swojej świetności miał właśnie za panowania królowej Bony. Ona i jej rodzina tchnęły trochę życia w te rejony, później niestety było tylko gorzej. Bilet wstępu kosztował 6 euro. 


  • Teatr Margherita
Pora wybrać się na spacer w kierunku plaży. Po drodze warto zatrzymać się przy wyjątkowym teatrze na wodzie. Został wybudowany w 1914, kiedyś pełnił funkcję kina i teatru, a dziś jest w nim muzeum. Przyznajcie, że wygląda bardzo ładnie! 

  • Deptak i plaża
Generalnie w Bari najbardziej spodobał mi się deptak prowadzący na plażę i to właśnie tego punktu, nie powinniście pominąć w czasie wizyty w Bari. Spacer ze starówki na plażę zajmie Wam około 40 minut w jedną stronę.  Po drodze będzie pełno ławeczek, port rybacki, park z palmami (polecam zajrzeć do środka). W ogóle palm w Bari jest sporo, tuż przy Starym Mieście, znajduje się z nimi cała alejka i piękna fontanna. 


  • Ulica pełna makaronów
No dobrze, a nawiązując już powoli do tematu jedzenia (który wiem, że bardzo lubicie), to Włochy słyną przede wszystkim z makaronu. Tak się składa, że w Bari znajdziemy makaron regionalny. Możemy podpatrzeć jak wygląda produkcja domowa i zrobić zapasy. Mowa o makaronie orecchiette. Orecchio to po włosku ucho i to określenie pasuje do wyglądu. Oficjalna nazwa tej ulicy to Via Arco Basso, ale jeśli wpiszecie w gps Strada delle orecchiette, to też na pewno traficie. To troszkę takie miasto w mieście, ale dzięki temu ma swój klimat. 

5. Co i gdzie zjeść

W temacie makaronu, jak i pizzy, mogę polecić Wam La RistoPazzeria na Starym Mieście. Generalnie szukając miejscówek, wiele osób pisało o pizzerii Di Cosimo, ale chyba ze względu na niski sezon, restauracja jest zamknięta. Niemniej polecam odwiedzić (zwłaszcza wieczorem) plac Largo Albicocca, przy którym się znajduje. Kolacja z winem to koszt ok. 30 euro. Drugim miejscem, które warto odwiedzić jest Street bar Cibo'. Dostaniecie tam słynne pieczone pierożki panzerotti. Mogą być mięsne, serowe, z owocami morza itd. Koszt jednego waha się między 5, a 6 euro. Jeśli jednak jesteście spragnienie klasycznych, europejskich dań, a zwłaszcza śniadań, wpadnijcie koniecznie do Mavi Bistrot. Za naleśniki z nutellą i dwie herbaty zapłaciliśmy 14 euro. Nie mam zdjęcia, bo byłam okropnie głodna 😁.  Restauracja znajduje się niedaleko dworca, więc jeśli złapie Was mały głód po podróży, to koniecznie sprawdźcie to miejsce! Jeśli chodzi o jedzenie, warto pamiętać jeszcze o dwóch kwestiach. Pierwsze jest taka, że Włosi mają sjestę, więc nie zjecie nic między godziną 15/16, a 18/19. Pamiętajcie o tym. No i przygotujcie się na hałas, gwar, muzykę. Co kto lubi. 😊


Kogo wpis zachęcił do podróży? A dla tych, którzy jeszcze się wahają...Dajcie mi kilka dni i przeczytajcie post o Materze. Wtedy nie będzie już odwrotu. Gwarantuję! 


Read more »
o lutego 13, 2023 4
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

Polecany post

Książki w styczniu i lutym

Popularne posty

  • Zwiedzanie zamku w Rabsztynie
     Przyszła pora podsumować kolejną wycieczkę. Tym razem zapraszam Was do zamku! Wybór padł na Rabsztyn. Już kiedyś próbowałam go zwiedzić, al...
  • No weźże mnie na wycieczkę - pomysły na prezent z okazji Dnia Dziecka [aktualizacja 2023]
     Dzień dziecka zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji mam dla Was kilka propozycji, gdzie można by się wybrać ze swoją pociechą, ale nie ...
  • Styczniowe wyprawy
     Z pierwszego miesiąca w roku staram się wycisnąć jak najwięcej pod względem podróżniczym, bo wyczuwam że luty i marzec mogą mnie trochę zaw...

Archive

  • ▼  2026 (3)
    • ▼  mar 2026 (1)
      • Książki w styczniu i lutym
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (1)
  • ►  2025 (21)
    • ►  gru 2025 (2)
    • ►  lis 2025 (3)
    • ►  paź 2025 (1)
    • ►  wrz 2025 (3)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  maj 2025 (1)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (2)
    • ►  lut 2025 (1)
    • ►  sty 2025 (2)
  • ►  2024 (25)
    • ►  gru 2024 (2)
    • ►  lis 2024 (2)
    • ►  paź 2024 (2)
    • ►  wrz 2024 (3)
    • ►  sie 2024 (2)
    • ►  lip 2024 (3)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (1)
    • ►  mar 2024 (3)
    • ►  lut 2024 (3)
    • ►  sty 2024 (3)
  • ►  2023 (37)
    • ►  gru 2023 (3)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (2)
    • ►  wrz 2023 (2)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (4)
    • ►  cze 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (4)
    • ►  kwi 2023 (3)
    • ►  mar 2023 (4)
    • ►  lut 2023 (3)
    • ►  sty 2023 (4)
  • ►  2022 (33)
    • ►  gru 2022 (2)
    • ►  lis 2022 (3)
    • ►  paź 2022 (3)
    • ►  wrz 2022 (4)
    • ►  sie 2022 (3)
    • ►  lip 2022 (3)
    • ►  cze 2022 (2)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (2)
    • ►  mar 2022 (3)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (3)
  • ►  2021 (39)
    • ►  gru 2021 (4)
    • ►  lis 2021 (3)
    • ►  paź 2021 (2)
    • ►  wrz 2021 (4)
    • ►  sie 2021 (2)
    • ►  lip 2021 (3)
    • ►  cze 2021 (3)
    • ►  maj 2021 (4)
    • ►  kwi 2021 (4)
    • ►  mar 2021 (3)
    • ►  lut 2021 (4)
    • ►  sty 2021 (3)
  • ►  2020 (5)
    • ►  gru 2020 (5)

Szukaj na tym blogu

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Podróże z książką. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.