Podróże z książką

Z wielu odbytych podróży i pasji do słowa pisanego zrodził się pomysł na bloga. Podróże z książką to miejsce, w którym odnajdziecie zarówno wpisy o tematyce podróżniczej jak i recenzje książek.

Menu

  • Strona główna
  • O mnie

lutego 11, 2021

Styczniowe książki

 

W grudniu pisałam Wam o moim postanowieniu przeczytania 52 książek w ciągu roku. W tym stawiam poprzeczkę nieco wyżej- chciałabym przeczytać ich 60. Aby nie pogubić się w tych liczbach, zawsze w kalendarzu (papierowym, ja to jestem starej daty) notuję sobie tytuły. I tak, kiedyś trafiłam na ciekawy wpis, że pewna pani też sobie spisuje te tytuły, ale z zupełnie inną intencją. Po prostu nie chce za dużo czytać jednego gatunku. I to pomaga jej w rozeznaniu. Miałam mieszane uczucia po przeczytaniu tego komentarza. No, bo skoro ja kocham kryminały i książki psychologiczne, thrillery itp., to czemu miałabym czytać je w mniejsze ilości i zmuszać się do czytania poradników, powieści, a może nawet poezji. Ta myśl jednak nie dawała mi spokoju. Do tego stopnia, że stwierdziłam, że może jednak coś bym zmieniła. I przeczytała książkę zupełnie nie w moim klimacie. Zapraszam Was na czytelnicze podsumowanie stycznia, który okazał się bardzo dobrym miesiącem pod względem literatury.


No naprawdę w styczniu poszalałam. Po pierwsze, pod względem ilości książek. Po drugie, pod względem różnorodności. Aby jednak trochę to uporządkować przedstawiam książki, które udało mi się przeczytać w tym miesiącu :

  1. Ktoś tu kłamie, J. Blackhurst
  2. Opowieści podręcznej, M. Atwood
  3. Social Media. Start, J. Hunt
  4. Cień wiatru, C.L, Zafon
  5. To Bóg uzdrawia i czyni cuda, M. Zieliński
  6. Policja, J. Nesbo
  7. Księżniczka z lodu, C. Lackberg
  8. Bestia, M. Czornyj

Jak widzicie lista jest całkiem spora i znajdziemy tu zupełnie różne gatunki. Spokojnie, nie będzie to post zawierający recenzję  wszystkich książek.😀

Czy przeczytałam już najpiękniejszą książkę w tym roku?

Chciałabym odpowiedzieć, że nie. Jednak wiem, że będzie o to trudno. Mowa oczywiście o książce Cień Wiatru. To jest zdecydowana najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym miesiącu, a  kto wie- może i w roku. Przyznam szczerze, że podchodziłam do tej książki z rezerwą. Dużo dobrego o niej słyszałam, ale grube książki trochę mnie przerażają. Mam złe doświadczenia 😉 Mimo to, było mi żal, kiedy odłożyłam ją na półkę. Ale do rzeczy. Czemu ona jest taka dobra?

Nasz główny bohater mały Daniel, trafia dzięki swojemu tacie, na Cmentarz Zapomnianych Książek. Wybiera jedną powieść, która zmieni jego życie, choć wtedy nie ma o tym pojęcia. Jest na tyle zauroczony autorem, że próbuje odnaleźć inne jego dzieła. Niestety wydaje się to niemożliwe. Daniel przez lata będzie starał się dowiedzieć, czemu wszystkie książki, tajemniczego autora zostały spalone. To podróż przede wszystkim w głąb siebie. Towarzyszymy bohaterowi w jego codziennym życiu, w jego poszukiwaniach, nowych przyjaźniach, pierwszych miłościach. To nie jest wbrew pozorom, książka w której wieje nudą. Razem z bohaterem, czytelnik chce odkryć prawdę o tajemniczym autorze. Do tego, wszystko dzieje się w pięknej Barcelonie.



Serio, nie czytaliście tego? 😀

 To, co mnie ujęło za serce, w tej książce, to dialogi. Niejednokrotnie uśmiechałam się pod nosem, czytając wybrane sceny. W kryminałach pełno jest wulgaryzmów(ha! w poradniku też może być sporo, jak się okazuje), czarnego humoru, krwawych opisów.  Tu jest humor inteligentny, którego czasem trochę mi brakuje w książkach. I jeszcze jedno, Daniel na swojej drodze, spotyka bezdomnego. Ten ratuje go trunkiem, kiedy bohater przeżywa swój pierwszy zawód miłosny. Pomaga mu, na swój sposób. Wkrótce, Daniel odwdzięcza się i przyjmuje bezdomnego Fermina do księgarni. Zmienia jego życie. Ilu z nas, dziś byłoby gotowych (nawet nie przyjąć, a tylko polecić) kogoś takiego w swojej pracy? Stają się przyjaciółmi, to dla mnie naprawdę jeden z piękniejszych wątków tej książki. Wiele było słów, nad którymi zastanawiałam się dłużej, ale te jakoś zapamiętam na dłużej- W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.

Ps. Można się ustawiać w kolejce do wypożyczenia ode mnie tej książki. 😊 10/10

Czy od teraz mój blog stanie się lepszy?

Prawdę mówiąc, mój Mąż nakłaniał mnie do założenia bloga, jeszcze zanim był moim Mężem. Dlatego mocno mi kibicuje i wspiera, również rzeczowo. Dostałam od niego książkę Social Media. Start autorstwa Jasona Hunta. Miałam wielkie oczekiwania co do tej pozycji, nie ukrywam, że ja dopiero w tej tematyce raczkuję. Czy ta książka sprawi, że mój blog będzie lepszy? Cóż, okaże się. Mimo to, szukałam chyba czegoś innego. W książce znajdziemy porady, co zrobić przed samym założeniem bloga. To przede wszystkim ułożona w głowie tematyka (niekoniecznie musi to być jeden temat), przygotowane teksty robocze no i promowanie się na różnych platformach. 


Książka jest z 2016 roku, więc niektóre porady są już trochę nieaktualne- chociażby zachęcenie do posiadania Snapchata. Jednak świat social mediów jest tak zmienny, że ciężko to traktować jako zarzut. Książka napisana jest lekkim językiem. Dla kogoś, kto totalnie nie ma wizji, jak jego blog ma wyglądać, ta pozycja będzie w porządku. Ja szukam czegoś więcej no i nie ukrywam, że sama jeszcze potrzebuję trochę czasu, aby bloga doszlifować i potem wypromować. Dla mnie totalnym zaskoczeniem był wątek komentarzy. Otóż, autor radzi, aby nie sugerować się komentarzami. To, że ich nie ma, nie jest wcale porażką (ale jak to?!), chodzi bardziej o wyświetlenia, o polecenia bloga itp. No nad tym muszę jeszcze popracować, ale faktycznie kiedy przyjrzałam się kilku blogom, to tych komentarzy jest garstka. Pod zestawieniem najlepszych blogerów w 2020 roku jest ich tylko 16. A wyświetleń pewnie miliony 😀 Oczywiście, że nie komentarze są najważniejsze. Mnie najbardziej cieszy, kiedy Ty, czytelniku jedziesz gdzieś z mojego polecenia, albo czytasz (lub grasz), coś o czym dowiedziałeś/łaś się dzięki mnie. Mimo to, feedback w postaci komentarzy, wiadomości do mnie, jest wciąż dla mnie ważny, bo jestem dopiero na początku tej drogi. 😉 Do brzegu- książka dobra, ale liczyłam na coś lepszego. I nie ustanę, dopóki na coś takiego nie trafię. 7/10

Mam dylemat

Czy warto dać danemu autorowi drugą szansę? Kiedyś już sięgnęłam po książkę Nesbo. I odłożyłam na półkę, nie dokończyłam. Tym razem, dobrnęłam do końca i nawet dobrze się stało. Policja to historia o mordercy, który na celownik bierze funkcjonariuszy policji. Zabójstwa są powiązane ze nierozwiązanymi sprawami z przeszłości i ponadto w miejscach przestępstw brakuje jakichkolwiek śladów. W międzyczasie towarzyszymy bohaterom w ich codziennych rozterkach i mocno kibicujemy głównemu bohaterowi- Harremu, aby pokonał swoje słabości. Dla mnie akcja toczy się trochę za wolno i dopiero na końcu się rozkręca, ale końcówka jest na tyle dobra, że skłania mnie do tego, żeby sięgnąć po następną część. W końcu, do trzech razy sztuka. A może ktoś już coś czytał tego autora i poleca jakąś konkretną książkę? 😊 6/10


Jak widać, to że czytam najwięcej kryminałów, nie sprawia wcale, że czytam je bezkrytycznie. W tym miesiącu wygrała piękna powieść i cieszę się, że otwieram się na nowe czytelnicze horyzonty. Wam też to polecam! 


Read more »
o lutego 11, 2021 12
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

lutego 04, 2021

Podróże w czasie pandemii cz. 2

 

Z racji tego, że dalsze podróże są wciąż  utrudnione, przychodzę dziś z drugą odsłoną moich propozycji na jednodniowe wycieczki. Będzie miks - znajdzie się kolejna propozycja lekkiej i przyjemnej wędrówki górskiej, będzie wycieczka do lasu oraz w podróż w poszukiwaniu zamków. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Zapraszam 👇

   Las Bronaczowa

Wspominałam już kilka razy, że w życiu trzeba czasem iść na kompromisy. Tak było z tą wyprawą. Ja chciałam bardzo iść w góry, M nie chciał w ogóle, przemawiały za nim warunki pogodowe - mega mróz, duże opady śniegu. Za nic w świecie nie chciałam jednak przesiedzieć Niedzieli w domu, więc z odsieczą przyszła moja mama. Zaproponowała nam spacer po Lesie Bronaczowa. Nazwa ta pochodzi od średniowiecznej osady, która w zachodniej części dzisiejszych Mogilan stanowiła niegdyś osadę strażników przejścia granicznego „Brony” zwanych Bronaczami. Co ciekawe, do dziś nazwa ta funkcjonuje w owej części Mogilan. Wiódł tędy szlak handlowy przez Karpaty i Węgry na południe Europy. Ot, trochę historii, bo szukając informacji na temat lasu, znalazłam jedynie ubogie wzmianki, że nazwa pochodzi od wsi Bronaczowa. A to jednak trochę uproszczenie 😉

 

Aby dojechać do Lasu, proponuję wpisać w gps-a Radziszów. My najpierw po prostu wpisaliśmy Las Bronaczowa i wyprowadziło nas to w  szczere pole. Wyobraźcie sobie radość M, kiedy musiał w tym śniegu zawracać, bo jednak okazało się że tędy nie trafimy. Dlatego, darujcie swoim kierowcom i wpiszcie ten Radziszów, a dokładnie ulica Spacerowa. W ten sposób unikniecie niepotrzebnych nerwów (: 


Dojechaliśmy na miejsce około 11 i był problem z parkingiem, większość aut stała pod miejscowym sklepem, a pod wejściem do lasu, nie było już totalnie miejsca. Dlatego jeśli będziecie wybierać się w weekend, weźcie to pod uwagę. Trasa nie ma żadnych trudności, środkiem biegnie droga dostępna dla ruchu pieszego oraz rowerowego. My minęliśmy tez kilka osób śmigających na popularnych teraz skiturach. Nieraz natknęliśmy się też na boczne odgałęzienia, ale raczej trzymaliśmy się głównego szlaku. W lesie spędziliśmy dwie godzinki i przespacerowaliśmy około 8km. Pewnie, gdyby nie potężny mróz, jeszcze byśmy zostali, ale mocno zmarzliśmy.


Bez herbatki w termosie nie mogło się obejść!

Dla kogo? Dla wszystkich, którzy lubią aktywny wypoczynek. To dobre miejsce na spacer z dziećmi, zwłaszcza kiedy było tyle śniegu. Szczęśliwi posiadacze piesków również powinni być zadowoleni z tej wyprawy. Z Krakowa dojedziemy tam w około 40 minut.

Na Szlaku Orlich Gniazd - Zamek w Mirowie, Bobolicach i Smoleniu

Taka wycieczka już trochę za mną chodziła. No i w końcu nadarzyła się okazja. Tym razem wybraliśmy się na zwiedzanie terenów zamkowych. Ta propozycja to już wycieczka na większość dnia. My wyjechaliśmy rano i wróciliśmy popołudniu, ale było warto. Szlak Orlich Gniazd to trasa przebiegająca przez dwa województwa - małopolskie i śląskie. Długość szlaku to prawie 164 km. Znajdziemy tu średniowieczne ruiny zamków czy warowni. My zdecydowaliśmy się na zwiedzanie terenów położonych w województwie śląskim.

Naszym pierwszym przystankiem były ruiny zamku w Mirowie. Trafiamy bez problemu i parkujemy na prawie pustym parkingu i to jeszcze bezpłatnym. Bajka. Wchodzimy na teren zamkowy i meldujemy się w kasie, gdzie za bilet normalny płacimy 7zł. Można gotówką i kartą, ale widnieje zachęta do płatności kartą z wiadomych względów. Obchodzimy ruiny zamku, które szczerze powiedziawszy nie są zbyt atrakcyjne i zamknięte ze względu na prace remontowe, które jak się dowiedziałam trwają już od kilku lat.


 Zamek w Mirowie i Bobolicach to zamki bliźniacze. Dzieli je odległość około 1.5 km. Oprócz podobnego położenia, w przeszłości miał ich łączyć podziemny tunel. Nazwa pochodzi również od władców zamków, którzy byli tak podobnymi bliźniakami, że ciężko było ich od siebie odróżnić (potrafię sobie to wyobrazić 😉) . Kiedyś między jednym, a drugim zamkiem można było przejść trasą spacerową po skałkach. My nie wiedzieliśmy, że jest to nieaktualne i wybraliśmy się właśnie na spacer. Po drodze minęliśmy chociażby Jaskinie Stajnia, do której można było wejść.


 Niestety w połowie trasy musieliśmy zawrócić, ponieważ zderzyliśmy się z murem- a w gwoli ścisłości z siatką ogradzająca teren. Ponoć właściciele terenu nie mogą dojść do porozumienia, dlatego trasa spacerowa jest nieczynna. Informacja była zamieszczona przy kasie, ale jakoś ją przeoczyliśmy i zaufaliśmy na słowo naszemu przewodnikowi- mojej mamie.  Zawróciliśmy i podjechaliśmy do Bobolic samochodem. Aby wejść na teren zamkowy znów musieliśmy zapłacić 7 zł. Zamek w Bobolicach jest o wiele ładniejszy, ale gdybyśmy chcieli wejść do środka (ze względu na pandemie, było to niemożliwe) , musielibyśmy zapłacić kolejny raz.


 Czyli tych opłat robi się naprawdę dużo, miejmy nadzieję, że są przeznaczone na właściwy cel.  Byliśmy trochę rozczarowani, ale udaliśmy się jeszcze do zamku w Smoleniu. Po drodze zatrzymaliśmy się też w rezerwacie przyrody „Góra Zborów”. Można wdrapać się na owe wzniesienie i podziwiać punkt widokowy. My chwilkę pospacerowaliśmy po rezerwacie, zeszliśmy do Jaskini Głębokiej (na razie zamknięta, ale generalnie dostępna do zwiedzania z przewodnikiem) i wyruszyliśmy dalej.


Na deser został nam teren, który w końcu mogliśmy zwiedzić. Ruiny zamku w Smoleniu były otwarte dla turystów. Wstęp kosztował 9 zł, (ulgowy chyba 5 zł). Płaciliśmy gotówką, ale można było kartą. Ruiny zamku położone są na szczycie stożkowatego  wzgórza, pokryte gęstym lasem. Możemy podziwiać cypel skalny, z wysoką okrągłą więżą obserwacyjną. 


A oprócz tego, możemy zobaczyć kilka okien, strzelnicę, szczątki bramy wjazdowej i ślady podziału na komnaty. Przechadzamy się po dawnym dziedzińcu i wdrapujemy  na ciekawy punkt obserwacyjny. Tu już zdecydowanie było, co zwiedzać i to było dobrze wydane 9 zł. 😏 Na Szlak Orlich Gniazd na pewno jeszcze wrócimy.

 

 Wycieczka górska- Stare Wierchy

Dla wszystkich, którzy są już spragnieni słońca, przypomnę naszą górską wycieczką z jesieni 2019 roku. Tak jak pisałam wcześniej, stopniowo próbowałam zachęcać M, do polubienia wycieczek górskich. Ta była jedną z… 😏

Kierujemy się do Poręby Górnej, z Krakowa dojedziemy w około godzinkę. Parkujemy przy końcowym przystanku PKS Poręba Górna. Najpierw wędrujemy zielonym szlakiem, trzeba być czujnym, aby na początku go znaleźć, ale nie jest to niemożliwe. Zielonym szlakiem idziemy tylko chwilkę, potem wchodzimy już na żółty i jego się trzymamy aż do schroniska. Idziemy szeroką, leśną ścieżką, wzdłuż strumienia. Delikatnie pniemy się w górę, ale nie jest to wyczerpująca wędrówka. Docieramy na pierwszą polanę i ładujemy akumulatory, bo przed nami najtrudniejszy - czyli najbardziej stromy fragment.


 Zajmie nam około 30 min, a stamtąd jeszcze chwilka i jesteśmy na miejscu. Całość trasy, razem z przerwą na posiłek w schronisku, zajęła nam około 4h. Schronisko oferuje posiłki na wynos, jest dużo stolików na zewnątrz, więc żurek na rozgrzanie + herbatkę można zjeść nawet w zimie. 


Jeżeli komuś mało, można zrobić pętelkę przez Maciejową, o której pisałam tu. W naszym wypadku na pętelki jeszcze przyjdzie pora, ale te wycieczkę wspominamy bardzo dobrze. Schronisko ma swój fajny klimat, ładnie wygląda i dla każdego znalazło się miejsce. 


To już wszystkie moje propozycje na dziś. Dajcie znać, który typ wycieczek najbardziej Wam odpowiada?  

Ps. Opisując wycieczkę po zamkach, posiłkowałam się książką Juliana Zinkowa "Orle gniazda i krajobrazy jurajskie". Jeśli kogoś zainteresował bardziej ten temat, chce poznać legendy danych miejsc, śmiało polecam tę pozycje. 

Read more »
o lutego 04, 2021 8
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

stycznia 26, 2021

Planszówki, które lubią podróże

 

Skoro podróże są w dalszym ciągu utrudnione, dziś przychodzę do Was z trochę z inną tematyką, niż do tej pory. Choć podróże będą w tle. A przynajmniej postaram się o to. Pandemia sprawia, że szukamy jakiegoś zajęcia po pracy. Nie wyjdziemy na kawę, ani na trening, a że nie każdy lubi czytać książki (no nie rozumiem tego 😀) , post będzie o planszówkach i innych grach towarzyskich. No, bo czy nie nadają się  idealnie na długie wieczory? Skupię się przede wszystkim na tych, które są poręczne, zajmują mało miejsca, więc  w podróży sprawdzą się idealnie. A na koniec podam moje top 3 ulubionych planszówek. Zapraszam 😊

Gry karciane

W karty grałam już jako dziecko, nauczyła mnie babcia i tak już zostało, że w karty lubię grać. Dlatego zaczynam właśnie od tej na pozór banalnej propozycji, bo ma wiele plusów. Karty zajmują mało miejsca, a przy okazji gier jest naprawdę dużo. Mnie z dzieciństwem najbardziej kojarzy się gra kuku- gra w której zbieramy trójkę takich samych kart(pod względem kolorów lub figur), kiedy już nam się uda, krzyczymy „kuku” i czekamy na pozostałych graczy. Ostatnia osoba próbuje trafić, co konkretnie mamy. Nakierowujemy ją przez wskazówkę, czy jest to kolor czy figura. Można spokojnie zagrać w autobusie, czy pociągu.

Inna ciekawa gra, to tysiąc. Tym razem trochę dłuższa. Polega na licytacjach i meldunkach( to para dama i król). Zbieramy punkty, aż zdobędziemy ich 1000. Jeśli wylicytujemy daną liczbę, a nie ugramy takiej wartości, możemy nawet znaleźć się na minusie. Ważne jest, aby przed grą ustalić wartość meldunków (czyli za ile punktów jest para dama+król danego koloru), opinie w tym temacie są rozbieżne, a prawda tylko jedna! 😉 Jakby się uprzeć, da się zagrać też w środkach transportu, wystarczy aby na telefonie notować punkty.



Czółko

Czółko pewnie wszyscy znają, a przynajmniej kojarzą o, co w tej grze chodzi. Ale czy wszyscy wiedzą, że jest też taka planszówka? Jestem jej szczęśliwą posiadaczką. 😊 W grze chodzi o naprowadzenie na postać, lub rzecz/czynność, która jest na karcie. Przykładamy ją sobie do czoła, tak żeby nie widzieć (stąd nazwa). Oczywiście hasła można też wypisać na karteczkach samoprzylepnych i równie dobrze się bawić. Planszówka jest fajna ze względu na utrudnienia w objaśnianiu haseł. Trzeba np. opowiadać krzycząc, tylko pokazywać, przy opowiadaniu robić pajacyki, przysiady i wiele innych. W tej grze nie można się pokłócić, a jedyne co, mogę zagwarantować to niezły ubaw.


Corner

To gra, którą kocham miłością absolutną, bo często w nią wygrywam 😊 Trafiłam na nią przypadkiem, podczas pracy na kolonii i całe wakacje się szkoliłam. Najpierw dzieci mnie, a później role się odwróciły. Gra polega na jak najszybszym pozbywaniu się kart, łączymy pasujące ze sobą symbole i kolory. Ćwiczymy w ten sposób spostrzegawczość.


Aby odrzucić kartę, musimy mieć w rogu taki symbol jaki znajduje się na środku innej karty. Tak jak na zdjęciu powyżej. 

Sabotażysta

Czas na grę, która wymaga już jakieś współpracy i generalnie interakcji między jej uczestnikami. Każdy z nas wciela się w jakąś rolę- kopacza lub sabotażysty. Zadaniem kopaczy jest zbudować tunel prowadzący do złota,  za pomocą kart, a sabotażysta ma zrobić wszystko aby to uniemożliwić. Możemy blokować innych graczy, burzyć tunel, podglądać czy idziemy w dobrym kierunku. Generalnie raczej do końca nie ujawniamy swojej roli. W tej grze niby kopacze powinni trzymać się razem, ale nie zawsze tak jest i tu już można się pokłócić. Coś o tym wiem, ale przecież „to tylko gra…”

Times-Up

Dawno temu (serio, to było chyba z 10 lat temu) pojechałam na weekend ze znajomymi gdzieś poza Kraków. Trudno mi sobie przypomnieć gdzie to było, bo praktycznie cały wolny czas poświęciliśmy wtedy na granie w planszówki. I chyba wtedy oni trochę zaszczepili we mnie miłość do gier, tak jak kiedyś babcia do książek 😊 Dziś mają swoje stowarzyszenie i jeśli chcecie poznać szczegóły,  a w przyszłości może wpaść na jakieś organizowane przez nich wydarzenie to zapraszam na ich Fanpage- Gralicja- tu. Dwie gry, w które graliśmy wtedy najczęściej to Pędzące Żółwie oraz właśnie Times-Up. Ja po przyjeździe, kupiłam sobie tę drugą. 



Dobieramy się w pary i w tych parach gramy niejako w kalambury. Gra ma trzy rundy. W pierwszej opowiadamy o haśle znajdującym się na karcie, w drugiej mówimy jednym słowem, a w trzeciej pokazujemy. Wszystko oczywiście na czas. Uwaga, przy tej grze można się nieźle zintegrować ze swoją parą 😊

Cortex

Czas na grę, której byśmy pewnie nie poznali, gdyby nie była ona prezentem. W ogóle planszówki na prezent szanuję bardzo! Jeśli ktoś je tak lubi, jak ja 😊 Cortex to gra, która na pewno rozwija logiczne myślenie, a w związku z tym, można połączyć przyjemne z pożytecznym i pograć ze swoją pociechą. Zasady są proste, choć zajmują chwilę. Zbieramy karty, które później wymieniamy na części mózgu (są 4). Kto pierwszy zdobędzie mózg, wygrywa. Aby zdobyć karty, trzeba np. wskazać jaki symbol najczęściej pojawia się na karcie, powiedzieć z pamięci co znajduję się na karcie- są to np. rysunki balonu, telefonu, statku itp. Moje ulubione karty i jednocześnie takie, z którymi radzę sobie słabo, to rozpoznanie po dotyku. Musimy dokładnie wybadać, z zamkniętymi oczyma, co znajduje się na karcie i odgadnąć, czy jest to np. kajzerka, a może skórzany pasek lub miś? W tej grze musimy wysilić szare komórki, ale jest to ciekawa alternatywa na spędzenie wieczoru 😊



Wszystkie opisane przeze mnie gry zajmują przede wszystkim mało miejsca, mają raczej proste zasady, więc idealnie nadadzą się w podróży. Ale to jeszcze nie koniec, pora na moje trzy ulubione planszówki. Sprawdziły się one również na wyjazdach, więc śmiało można testować je w różnych miejscach.

Miejsce trzecie- Tajniacy

Nie pamiętam już gdzie i kiedy grałam pierwszy raz w Tajniaków, ale gra od razu mi się spodobała, a przede wszystkim to, że gramy zespołami. Choć w dwójkę też się da, ale nie ma takiego funu (zwłaszcza, kiedy Mąż jednocześnie ogląda serial…😆) Tajniacy to nic innego, jak gra w skojarzenia. Musimy jednym słowem naprowadzić nasz zespół na dane hasło, a najlepiej hasła. Działamy według tajnego kodu, każda drużyna (niebieska i czerwona) ma swój własny,  ale trzeba uważać- można trafić w kartę przeciwnika albo trafić bombę. I wtedy gra się niestety kończy.  Niektórzy po zagraniu z nami, byli tak zajawieni na tę grę, że już dawno mają swój własny egzemplarz.



Tajniacy byli z nami na przykład w Bieszczadach. Graliśmy pod gołą chmurką, w czerwcowy ciepły wieczór, delektując się chwilą i odpoczywając po grillu. Czego chcieć więcej? 😊

Miejsce drugie- Bang

O ile, Tajniaków, pewnie większość kojarzy, to Banga już niekoniecznie. A szkoda, bo uwierzcie mi zagracie raz i będziecie chcieli więcej. Przenosimy się na Dziki Zachód. Przed rozpoczęciem gry każdy otrzymuje swoją tajną rolę, przez wylosowanie karty. Może być to szeryf, zastępca, bandyta lub renegat. Następnie gracze losują swoją postać, która ma dodatkowe funkcję. Podczas gry, można wchodzić w interakcję, strzelając do kogoś, wyzywając na pojedynek czy okradać z kart. W czasie rozgrywki tracimy punkty żywotności (naboje), ale można je też odzyskiwać przez kartę piwko :D Ciekawą kartą jest też dynamit, który może spowodować utratę aż trzech żyć. Nas wyobraźnia kiedyś poniosła i oprócz utraty trzech naboi, założyliśmy się jeszcze o pewien kompromitujący post na fejsie. Zgadnijcie, na kogo padło…


Nawet Fela dała się namówić na jedną partyjkę. 😍

Gra ma jeden minus. Raz wyeliminowany gracz, nie może już powrócić do rozgrywki, ale generalnie  toczy się ona szybko. Zajmie nam jakieś 30 minut. A potem jeszcze raz i jeszcze raz…

Bang- cóż, gdzie on z nami nie był. Przede wszystkim na naszych chorwackich wakacjach umilał nam wieczory, ale zabieram go zawsze na wizytę do babci. Nie wiem, jak moja babcia to robi, ale prawie zawsze wygrywa i potrafi jednocześnie oglądać Twoja twarz brzmi znajomo. Magia!

Miejsce pierwsze- Osadnicy  z Catanu

To jest zdecydowanie moja ulubiona planszówka. To gra, w której zbieramy surowce- drewno, siano, glinę, baranka (😀) oraz skałę. Za zebrane surowce możemy wybudować drogi, osady, miasta lub kupić karty rozwoju. Tu jest dobrze mieć jakąś strategię np. skupiamy się na budowaniu osad i miast albo np. na kartach rozwoju, czy tworzymy najdłuższe drogi.  Ciężko jednak przewidzieć, jak gra się potoczy. Każda plansza ma swój numer, aby pobrać surowiec, musimy mieć na danej planszy swoją osadę(lub miasto) i trafić na tę liczbę oczek, przez wyrzut kostkami. Dużo zależy zatem od tego jak często będą wypadały konkretne liczby. Ale może właśnie dlatego ta gra się nie nudzi, jest  w tym jakaś losowość. Możemy między sobą handlować, blokować dane plansze poprzez użycie Złodzieja (którego można kupić bardzo często w kartach rozwoju lub przez wyrzucenie 7 na kostkach). Ustalamy między sobą do ilu punktów gramy, my zazwyczaj do 12. Gra posiada różne rozszerzenia, moje wciąż czeka na przetestowanie.



To najdroższa propozycja ze wszystkich, ale uwierzcie mi- najlepsza! Osadników poznałam właśnie na wyjeździe. Spędzaliśmy majówkę ze znajomymi w Gródku nad Dunajcem i graliśmy naprawdę do późnych godzin. To była miłość od pierwszego zagrania!

To już wszystkie moje propozycję. Oczywiście wszystkie zasady podałam w większym lub mniejszym skrócie, ale zdecydowanie są one do ogarnięcia. A może Wy macie do polecenia jakaś perełkę? 😍

Read more »
o stycznia 26, 2021 15
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

stycznia 18, 2021

Jak czytać dużo książek i nie zbankrutować?


 

Kiedyś znajomy, zajawiony na nowości elektroniczne, opowiadał mi o kupnie nowego smarftona. Kierował się przede wszystkim dobrym aparatem, a że na fotografii, trochę się zna, zakup był uzasadniony.  Aczkolwiek sama bym się nie zdecydowała ze względu na wysoki koszt tego telefonu. No, ale punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Kolega spytał, ile kosztuje mnie moje czytelnicze zamiłowanie. I wyszło, że w sumie całkiem sporo. Zakładając, że jedna książka kosztuje 40 zł, a ja chcę w tym roku przeczytać ich 60, to musiałabym wydać na nie 2400 zł. I oczywiście, może nie jest to ogromna suma, ale znalazłam kilka sposobów na to, aby wydać trochę mniej, a i dać książkom drugie życie 😊.



1.      Wypożycz z biblioteki

Najprostsze rozwiązania są najlepsze. Ja często korzystam z usług biblioteki i tak np. trafiłam na książki Czornyja, o którym pisałam tu. Moją uwagę przyciągnęła okładka i krótki opis, ale była to jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w tamtym roku. Udało mi się w ten sposób przeczytać kilka książek Cobena, czy książkę Błaszyczkowskiego. Aczkolwiek nie zawsze trafimy na coś super. Mnie przykładowo zawiodła pozycja „Blok 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz.” Temat wydawał się bardzo interesujący i faktycznie taki jest, niestety sposób pisania autora zupełnie do mnie nie trafił i bardzo się męczyłam, żeby skończyć. Jeśli szukamy jakiejś konkretnej pozycji, polecam katalogi internetowe. W ten prosty sposób możemy sprawdzić, czy jest szansa na wypożyczenie i gdzie.

Dobrym pomysłem jest też oddanie własnych książek do biblioteki. Skoro kurzą się na półkach, są już dawno przeczytane, to czemu miałyby nie posłużyć komuś innemu? W końcu w ten sposób robi się miejsce na kolejne. 

2.      Pożycz od kogoś

Zazwyczaj książki, które kupuję, nie leżakują u mnie zbyt długo. Kiedy skończę i wiem, że daną pozycję, mogę komuś polecić, to tak robię. Najczęściej pożyczam mamie, teściowej czy przyjaciółkom. Kiedy później mogę z kimś podyskutować o fabule, wiem że to był udany zakup i cieszę się, że mogłam się podzielić swoim małym odkryciem. To działa też w drugą stronę- bo kiedy któraś z bliskich mi osób czyta dobrą książkę, poleca mi ją i pożycza. W ten sposób właśnie trafiłam na „Osiedle Rżniw” i gdyby nie siostra, pewnie bym jej nie przeczytała. Mimo, że Mroza czytam sporo 😊 Zatem wymiana między sobą to obustronna korzyść.



3.      Sprzedaj

Kiedy pierwszy raz wystawiłam książki na sprzedaż, usłyszałam uszczypliwy komentarz, że jestem Januszem biznesu 😁 Zarówno wtedy, jak i dziś, puszczam tę uwagę mimo uszu i się uśmiecham. Nie sprzedawałam książek, bo potrzebowałam dodatkowego dochodu, a jedynie dlatego abym mogła sobie kupić następne książki. Wiadomo, że nie mogłabym wystawić książek za taką samą, czy nawet podobną cenę, bo zazwyczaj dochodzi jeszcze koszt przesyłki i wychodzi niemalże podobnie jak w księgarni. Książki wystawiam za około 30-40% jej pierwotnej ceny. Z tym, że zanim sprzedam, puszczam ją jeszcze w mój czytelniczy krąg. 😉 Tym bardziej mnie to cieszy, że dobra książka może umilić wieczór co najmniej kilku osobom. Oczywiście, są książki których nie wystawiam- to te, które dostałam na prezent lub takie, które mają dla mnie wartość sentymentalną. Choć staram się, aby było ich niedużo, bo i tak jestem aktualnie na etapie poszukiwania nowych półek na książki.


Ta kolekcja ostatnio poszła u mnie na sprzedaż. Rozeszła się błyskawicznie, ale nie jest mi wcale żal. 😉

4.      Wymień

Książki sprzedaję jak i wymieniam na grupie na facebooku- Książki- sprzedaż/wymiana ksiązek. Przy wymianie książka za książkę opłacamy nawzajem tylko koszt przesyłki. Jeśli szukamy taniej przesyłki, możemy nadać paczkę przez aplikację Vinted. Tam najtańsza kosztuje chyba 7 zł. Za kilka złotych, dostajemy kolejną domową lekturę i uwierzcie mi, w zdecydowanej większości są one w idealnym stanie. Raz nawet dostałam książkę z życzeniami na samoprzylepnej kartce. To mały gest, a cieszy.  Jeśli wahamy się nad kupnem jakiejś książki, możemy właśnie ogłosić się na takich grupach. Może komuś zalega i sprzeda nam taniej? Albo wymieni się na taką, która już dawno jest przeczytana? Warto spróbować.

5.      Wylicytuj/wystaw na aukcję

W moim wypadku właśnie tak się zaczął mały handel książkami. W styczniu, rok temu, mocno zaangażowałam się w zbiórkę pieniędzy dla chorego chłopca. Najpierw wystawiałam książki, które już dawno przeczytałam i które mogłyby kogoś zainteresować, a potem podarowałam na licytację cenną dla siebie koszulkę z autografami siatkarek. Oprócz możliwości kupna (czasem uda się wykupić jakieś perełki taniej), to wpłacamy pieniążki na szczytny cel.  A dobro zawsze wraca!

A tu mój najnowszy nabytek właśnie z licytacji. Zacznijmy rok od czegoś dobrego. 😌

6.      Bookcrossing

Co prawda, w związku z pandemią, ta forma nabycia książek, jest teraz ograniczona, ale czekamy wszyscy na lepsze czasy! Bookcrossing to wymiana stacjonarna. Kilka lat temu brałam udział  w takiej akcji w jednej z krakowskich galerii. Przynosimy dowolną ilość książek, odkładamy na półkę i taką samą ilość, możemy ze sobą zabrać. Książki są przeróżne, więc myślę, że każdy coś dla siebie znajdzie. My wtedy z mamą wymieniłyśmy naprawdę potężną ilość książek. Nie skłamię jeśli powiem, że około 20. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będzie mi dane uczestniczyć w takiej akcji. Oby częściej!

7.      Kupuj taniej

Ale jak? A jednak da się trochę oszczędzić… Ja często zamawiam książki z Bonito, zazwyczaj większą ilość i jeśli jest taka możliwość, to odbieram je osobiście. Na tej stronie książki kosztują około 27,28 zł czyli jest to jednak trochę mniej, a przy większej ilości, to już brzmi akceptowalnie. 😊 Innym miejscem, w którym możemy kupić taniej są różnego rodzaju antykwariaty. Moim ulubionym w Krakowie jest Skład Tanich Książek na ulicy Grodzkiej, ale na pewno jest więcej takich miejsc. Wystarczy trochę poszukać, wyjść na spacer i wrócić z książkami.

8.     Czytaj Ebooki

I ostatnim już sposobem na przeczytanie dużej ilości książek i nie zbankrutowanie, jest czytanie ebooków. Ebooki są tańsze i na pewno bardziej poręczne. Z tym, że trzeba lubić taką formę czytania. Ja niestety nie mogę się do niej przekonać, ale jest to na pewno jakaś opcja. Można szukać jakichś pdf-ów, czy korzystać z różnych portali jak np. Legimi czy Empik.

 


To już wszystkie moje wskazówki na to jak czytać dużo i niekoniecznie wydawać na to miliony monet.  Czy któryś sposób Was zaskoczył? A może dodalibyście coś jeszcze do tej listy? Dajcie znać.



Read more »
o stycznia 18, 2021 9
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

stycznia 10, 2021

Wycieczki górskie dla opornych


Nie od razu Kraków zbudowano, czyli dziś wpis o tym jak zachęcić kogoś do wycieczek górskich. Przed Wami kilka moich propozycji dla tych, którzy chcą zacząć przygodę z górami. To również wpis dla szukających ciekawych szklaków, nieco mniej popularnych, ale przy tym równie pięknych. Zapraszam👇

Maciejowa

Na pierwszy ogień wycieczka w miejsce, od którego wszystko się zaczęło. Mam na myśli nasze górskie wyprawy. Oczywiście mieliśmy wcześniej zaliczone topowe Morskie Oko, czyli krokusy w dolinie Chochołowskiej. I tak, trochę przypadkiem (bo cel na niedzielę miał być zupełnie inny) wybraliśmy się do Rabki na spacer. Zostawiliśmy samochód w centrum i wyruszyliśmy czerwonym szlakiem, mijając Park Orkana. Szlak wiedzie głównie polnymi drogami. Trasa do schroniska zajęła nam około 1.5h, ale jest to przyjemny szlak. Na rozgrzewkę w sam raz. Mijaliśmy wiele górskich polanek, która pozwoliły nam oderwać się od miejskiego zgiełku.


 W schronisku można kupić coś do jedzenia i picia. Wiadomo, że teraz tylko na wynos (w godzinach 10-18, sprzedaż w okienku wg. informacji na stronie schroniska), ale my zdecydowaliśmy się tylko na kupno pamiątkowego magnesu. Na szlaku raczej nie ma tłumów no i można wybrać się z dzieckiem, ale z wózkiem mogą być już problemy, zwłaszcza przy samej końcówce.


 Lubomir i Łysina

Kolejną moją górską propozycją jest Lubomir, który zdobyliśmy pod koniec maja ubiegłego roku. Wycieczkę zaczynamy od Przełęczy Jaworzyce, do której dojeżdżamy w godzinkę z Krakowa. Auto zostawiamy przy drewnianych ławeczkach i wyruszamy asfaltową drogą, która stanowi około połowę naszej trasy. Najpierw pnie się przez las, a później między domami. Zawsze mnie to zastanawia, czy gdybym ja mieszkała w takim domku na szlaku, to ile czasu zajęłoby mi przyzwyczajenie się do turystów wokół. Wchodząc na drogę szutrową, zaczynają pojawiać się piękne panoramy. Mijamy restaurację Gościniec, która niestety w dobie pandemii była nieczynna, a szkoda bo wyglądała naprawdę zachęcająco. Po drodze pojawiają się tablice informacyjne dotyczące np. historii obserwatorium, które znajduje się na szczycie. Nic nas nie goni, dlatego spokojnie możemy zatrzymać się przy każdej i czegoś nowego się dowiedzieć. I tak, pnąc się drogą przez las, docieramy do szczytu.


 Niestety obserwatorium jak się pewnie domyślacie, jest zamknięte, ale są ławeczki, można odpocząć i korzystać z błogiej ciszy. Z racji tego, że trasa zajęła nam godzinkę  z hakiem, ciągnę Męża jeszcze kawałek dalej, na Łysinę. Idziemy jeszcze chwilkę lasem, może 15-20 minut i docieramy do celu. Po drodze mijamy ławeczkę z pięknym widokiem. Wyobraźcie sobie to, jesteście na szlaku praktycznie sami (spotkaliśmy pojedyncze osoby, ale był to też poniedziałek) i zupełnie przez przypadek trafiacie na takie miejsce. 


Czasem nie trzeba wielkich poświęceń, żeby zobaczyć piękne rzeczy.  Wracamy tym samym szlakiem, aczkolwiek Lubomir może być ciekawym przystankiem w drodze na inne górskie szczyty (jak np. Lubień czy Kudłacze)



Wielki Kopieniec

Kiedy już mamy trochę wprawy w górskich wycieczkach, można pomyśleć o czymś wyżej i dalej. Przenosimy się w Tatry. No i jak tu ominąć choć trochę rzeszę turystów, a przy okazji trafić na jakiś ładny szlak, niekoniecznie bardzo trudny. Brzmi niemożliwie? Ależ skąd 😉 Wielki Kopieniec to chyba trochę nieodkryty szczyt, a szkoda bo mnie bardzo przypadł do gustu i na pewno na długo go zapamiętam. To jedna z gór, której nawet moja mama jeszcze nie zdobyła. Wędrówkę zaczynamy od zostawienia samochodu na parkingu we wschodniej dzielnicy Zakopanego -Jaszczurówce. Miejsc nie ma za dużo i mimo późnej pory, udało nam się zaparkować i nawet nic za ten parking nie za płacić. Szok. Drogowskazy pokazują, że na szczyt dotrzemy w niecałe 2 godziny.


 Z racji tego, że szczyt zdobiliśmy kilka dni temu, w warunkach zimowych, to faktycznie całość trasy, razem z postojami zajęła nam niecałe 4h. Początek szlaku jest prosty, a zima sprawia że wręcz urokliwy. Ochów i achów na temat zimowego klimatu nie było końca.


 Idziemy wzdłuż Potoku Olczyskiego. W niecałe 30 minut docieramy do Polany Olczyskiej i mamy za sobą najłatwiejszy etap wycieczki, ale o tym szczęśliwie jeszcze nie wiemy. Kierujemy się dalej zielonym szlakiem, ponieważ żółty zaprowadził by nas na Nosal. A to innym razem.

Przechodzimy przez drewniany mostek i wchodzimy do lasu, podejście robi się trochę trudniejsze. Mijamy dzieci zjeżdżające na jabłuszku i żałujemy, że nie mamy takiego ekwipunku ze sobą, oj bardzo. Po około 45 minutach docieramy do Polany Kopieniec, mając za sobą tylko jeden (mój) upadek, jednak drogowskazy dodają nam sił, bo wiemy że jesteśmy już u kresu wędrówki. Zaczynają się schody, dosłownie i w przenośni. Pną się do góry, wyraźnymi zakosami. I wtedy, każdy z nas, prędzej czy później zalicza upadek. Z tą różnicą, że moi towarzysze wywracają się raz, a ja kilka razy. No, nie było to zbyt mądre, przyznaję. I dlatego, po zejściu z Kopieńca, mijając ludzi bez raków, ostrzegamy ich, że jest baaaardzo ślisko. No, ale wiadomo, nie uwierzy dopóki nie zobaczy. 


Zejście okazało się trudniejsze, a że było nam wszystko jedno, to cześć trasy po prostu zjechałyśmy na tyłku, szczęśliwie nie rozdzielając sobie przy tym ubrań. Uwierzcie mi, nie byłyśmy jedyne😁. Co nie zmienia faktu, że na pewno będę się bardziej przygotowywać do wycieczek w zimie.

Dolina Białej Wody

Czasem trzeba trochę poszperać, aby znaleźć jakieś górskie perełki. Albo poradzić się kogoś bardziej doświadczonego. I tak było w tym wypadku. Do Doliny Białej Wody trafiliśmy przez polecenie. Jest to najdłuższa dolina w Tatrach i dla wielu uznawana za najpiękniejszą. Startujemy z Łysej Polany, z tym że Dolina jest położona jest na terytorium Słowacji. Obecnie zatem spacer po tym urokliwym miejscu jest dość utrudniony, ale gdy tylko się to zmieni, zachęcam Was do odwiedzenia! Na parkingu jest masa ludzi, my musimy zaparkować po stronie słowackiej i przez chwilę obawiamy się tłumów. Na szczęście wszyscy idą na Morskie Oko, a my wybieramy szlak zdecydowanie mniej oblegany. Początkowo wędrujemy drogą asfaltową, która później zmienia się w szeroka drogę szutrową, delikatnie pnącą się do góry. Podstawowa trasa kończy się na Polanie Białej Wody. To około 3.2 km, dla nas jest to jednak przystanek i maszerujemy dalej, widoki tylko nas do tego zachęcają.


 Mijamy dwie kolejne polanki- Pod Upłazki oraz i Pod Aniołami. Aż dochodzimy do Polany pod Wysoką, na której kończymy naszą wyprawę. Mamy apetyt na więcej, ale niestety ogranicza nas czas. Dlatego pewnie jeszcze kiedyś tam wrócimy i zdobędziemy Litworowy Staw. Mimo to, był to udany spacer, przeszliśmy 20 km, w niecałe 5h. 


Trasa nie ma żadnych trudności technicznych, a widoki są naprawdę piękne. Jest zatem ciekawą propozycją, dla tych którzy lubią spacerować, ale niekoniecznie zdobywać wysokie szczyty.


Która górska wycieczka najbardziej Was zachęciła? A może już byliście w którymś miejscu? Dajcie znać, a ja na całe szczęście mam jeszcze kilka perełek w zanadrzu, które prędzej czy później opiszę na blogu 😊

Read more »
o stycznia 10, 2021 16
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

Polecany post

Książki w styczniu i lutym

Popularne posty

  • Zwiedzanie zamku w Rabsztynie
     Przyszła pora podsumować kolejną wycieczkę. Tym razem zapraszam Was do zamku! Wybór padł na Rabsztyn. Już kiedyś próbowałam go zwiedzić, al...
  • No weźże mnie na wycieczkę - pomysły na prezent z okazji Dnia Dziecka [aktualizacja 2023]
     Dzień dziecka zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji mam dla Was kilka propozycji, gdzie można by się wybrać ze swoją pociechą, ale nie ...
  • Styczniowe wyprawy
     Z pierwszego miesiąca w roku staram się wycisnąć jak najwięcej pod względem podróżniczym, bo wyczuwam że luty i marzec mogą mnie trochę zaw...

Archive

  • ▼  2026 (3)
    • ▼  mar 2026 (1)
      • Książki w styczniu i lutym
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (1)
  • ►  2025 (21)
    • ►  gru 2025 (2)
    • ►  lis 2025 (3)
    • ►  paź 2025 (1)
    • ►  wrz 2025 (3)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  maj 2025 (1)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (2)
    • ►  lut 2025 (1)
    • ►  sty 2025 (2)
  • ►  2024 (25)
    • ►  gru 2024 (2)
    • ►  lis 2024 (2)
    • ►  paź 2024 (2)
    • ►  wrz 2024 (3)
    • ►  sie 2024 (2)
    • ►  lip 2024 (3)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (1)
    • ►  mar 2024 (3)
    • ►  lut 2024 (3)
    • ►  sty 2024 (3)
  • ►  2023 (37)
    • ►  gru 2023 (3)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (2)
    • ►  wrz 2023 (2)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (4)
    • ►  cze 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (4)
    • ►  kwi 2023 (3)
    • ►  mar 2023 (4)
    • ►  lut 2023 (3)
    • ►  sty 2023 (4)
  • ►  2022 (33)
    • ►  gru 2022 (2)
    • ►  lis 2022 (3)
    • ►  paź 2022 (3)
    • ►  wrz 2022 (4)
    • ►  sie 2022 (3)
    • ►  lip 2022 (3)
    • ►  cze 2022 (2)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (2)
    • ►  mar 2022 (3)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (3)
  • ►  2021 (39)
    • ►  gru 2021 (4)
    • ►  lis 2021 (3)
    • ►  paź 2021 (2)
    • ►  wrz 2021 (4)
    • ►  sie 2021 (2)
    • ►  lip 2021 (3)
    • ►  cze 2021 (3)
    • ►  maj 2021 (4)
    • ►  kwi 2021 (4)
    • ►  mar 2021 (3)
    • ►  lut 2021 (4)
    • ►  sty 2021 (3)
  • ►  2020 (5)
    • ►  gru 2020 (5)

Szukaj na tym blogu

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Podróże z książką. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.