Podróże z książką

Z wielu odbytych podróży i pasji do słowa pisanego zrodził się pomysł na bloga. Podróże z książką to miejsce, w którym odnajdziecie zarówno wpisy o tematyce podróżniczej jak i recenzje książek.

Menu

  • Strona główna
  • O mnie

stycznia 26, 2021

Planszówki, które lubią podróże

 

Skoro podróże są w dalszym ciągu utrudnione, dziś przychodzę do Was z trochę z inną tematyką, niż do tej pory. Choć podróże będą w tle. A przynajmniej postaram się o to. Pandemia sprawia, że szukamy jakiegoś zajęcia po pracy. Nie wyjdziemy na kawę, ani na trening, a że nie każdy lubi czytać książki (no nie rozumiem tego 😀) , post będzie o planszówkach i innych grach towarzyskich. No, bo czy nie nadają się  idealnie na długie wieczory? Skupię się przede wszystkim na tych, które są poręczne, zajmują mało miejsca, więc  w podróży sprawdzą się idealnie. A na koniec podam moje top 3 ulubionych planszówek. Zapraszam 😊

Gry karciane

W karty grałam już jako dziecko, nauczyła mnie babcia i tak już zostało, że w karty lubię grać. Dlatego zaczynam właśnie od tej na pozór banalnej propozycji, bo ma wiele plusów. Karty zajmują mało miejsca, a przy okazji gier jest naprawdę dużo. Mnie z dzieciństwem najbardziej kojarzy się gra kuku- gra w której zbieramy trójkę takich samych kart(pod względem kolorów lub figur), kiedy już nam się uda, krzyczymy „kuku” i czekamy na pozostałych graczy. Ostatnia osoba próbuje trafić, co konkretnie mamy. Nakierowujemy ją przez wskazówkę, czy jest to kolor czy figura. Można spokojnie zagrać w autobusie, czy pociągu.

Inna ciekawa gra, to tysiąc. Tym razem trochę dłuższa. Polega na licytacjach i meldunkach( to para dama i król). Zbieramy punkty, aż zdobędziemy ich 1000. Jeśli wylicytujemy daną liczbę, a nie ugramy takiej wartości, możemy nawet znaleźć się na minusie. Ważne jest, aby przed grą ustalić wartość meldunków (czyli za ile punktów jest para dama+król danego koloru), opinie w tym temacie są rozbieżne, a prawda tylko jedna! 😉 Jakby się uprzeć, da się zagrać też w środkach transportu, wystarczy aby na telefonie notować punkty.



Czółko

Czółko pewnie wszyscy znają, a przynajmniej kojarzą o, co w tej grze chodzi. Ale czy wszyscy wiedzą, że jest też taka planszówka? Jestem jej szczęśliwą posiadaczką. 😊 W grze chodzi o naprowadzenie na postać, lub rzecz/czynność, która jest na karcie. Przykładamy ją sobie do czoła, tak żeby nie widzieć (stąd nazwa). Oczywiście hasła można też wypisać na karteczkach samoprzylepnych i równie dobrze się bawić. Planszówka jest fajna ze względu na utrudnienia w objaśnianiu haseł. Trzeba np. opowiadać krzycząc, tylko pokazywać, przy opowiadaniu robić pajacyki, przysiady i wiele innych. W tej grze nie można się pokłócić, a jedyne co, mogę zagwarantować to niezły ubaw.


Corner

To gra, którą kocham miłością absolutną, bo często w nią wygrywam 😊 Trafiłam na nią przypadkiem, podczas pracy na kolonii i całe wakacje się szkoliłam. Najpierw dzieci mnie, a później role się odwróciły. Gra polega na jak najszybszym pozbywaniu się kart, łączymy pasujące ze sobą symbole i kolory. Ćwiczymy w ten sposób spostrzegawczość.


Aby odrzucić kartę, musimy mieć w rogu taki symbol jaki znajduje się na środku innej karty. Tak jak na zdjęciu powyżej. 

Sabotażysta

Czas na grę, która wymaga już jakieś współpracy i generalnie interakcji między jej uczestnikami. Każdy z nas wciela się w jakąś rolę- kopacza lub sabotażysty. Zadaniem kopaczy jest zbudować tunel prowadzący do złota,  za pomocą kart, a sabotażysta ma zrobić wszystko aby to uniemożliwić. Możemy blokować innych graczy, burzyć tunel, podglądać czy idziemy w dobrym kierunku. Generalnie raczej do końca nie ujawniamy swojej roli. W tej grze niby kopacze powinni trzymać się razem, ale nie zawsze tak jest i tu już można się pokłócić. Coś o tym wiem, ale przecież „to tylko gra…”

Times-Up

Dawno temu (serio, to było chyba z 10 lat temu) pojechałam na weekend ze znajomymi gdzieś poza Kraków. Trudno mi sobie przypomnieć gdzie to było, bo praktycznie cały wolny czas poświęciliśmy wtedy na granie w planszówki. I chyba wtedy oni trochę zaszczepili we mnie miłość do gier, tak jak kiedyś babcia do książek 😊 Dziś mają swoje stowarzyszenie i jeśli chcecie poznać szczegóły,  a w przyszłości może wpaść na jakieś organizowane przez nich wydarzenie to zapraszam na ich Fanpage- Gralicja- tu. Dwie gry, w które graliśmy wtedy najczęściej to Pędzące Żółwie oraz właśnie Times-Up. Ja po przyjeździe, kupiłam sobie tę drugą. 



Dobieramy się w pary i w tych parach gramy niejako w kalambury. Gra ma trzy rundy. W pierwszej opowiadamy o haśle znajdującym się na karcie, w drugiej mówimy jednym słowem, a w trzeciej pokazujemy. Wszystko oczywiście na czas. Uwaga, przy tej grze można się nieźle zintegrować ze swoją parą 😊

Cortex

Czas na grę, której byśmy pewnie nie poznali, gdyby nie była ona prezentem. W ogóle planszówki na prezent szanuję bardzo! Jeśli ktoś je tak lubi, jak ja 😊 Cortex to gra, która na pewno rozwija logiczne myślenie, a w związku z tym, można połączyć przyjemne z pożytecznym i pograć ze swoją pociechą. Zasady są proste, choć zajmują chwilę. Zbieramy karty, które później wymieniamy na części mózgu (są 4). Kto pierwszy zdobędzie mózg, wygrywa. Aby zdobyć karty, trzeba np. wskazać jaki symbol najczęściej pojawia się na karcie, powiedzieć z pamięci co znajduję się na karcie- są to np. rysunki balonu, telefonu, statku itp. Moje ulubione karty i jednocześnie takie, z którymi radzę sobie słabo, to rozpoznanie po dotyku. Musimy dokładnie wybadać, z zamkniętymi oczyma, co znajduje się na karcie i odgadnąć, czy jest to np. kajzerka, a może skórzany pasek lub miś? W tej grze musimy wysilić szare komórki, ale jest to ciekawa alternatywa na spędzenie wieczoru 😊



Wszystkie opisane przeze mnie gry zajmują przede wszystkim mało miejsca, mają raczej proste zasady, więc idealnie nadadzą się w podróży. Ale to jeszcze nie koniec, pora na moje trzy ulubione planszówki. Sprawdziły się one również na wyjazdach, więc śmiało można testować je w różnych miejscach.

Miejsce trzecie- Tajniacy

Nie pamiętam już gdzie i kiedy grałam pierwszy raz w Tajniaków, ale gra od razu mi się spodobała, a przede wszystkim to, że gramy zespołami. Choć w dwójkę też się da, ale nie ma takiego funu (zwłaszcza, kiedy Mąż jednocześnie ogląda serial…😆) Tajniacy to nic innego, jak gra w skojarzenia. Musimy jednym słowem naprowadzić nasz zespół na dane hasło, a najlepiej hasła. Działamy według tajnego kodu, każda drużyna (niebieska i czerwona) ma swój własny,  ale trzeba uważać- można trafić w kartę przeciwnika albo trafić bombę. I wtedy gra się niestety kończy.  Niektórzy po zagraniu z nami, byli tak zajawieni na tę grę, że już dawno mają swój własny egzemplarz.



Tajniacy byli z nami na przykład w Bieszczadach. Graliśmy pod gołą chmurką, w czerwcowy ciepły wieczór, delektując się chwilą i odpoczywając po grillu. Czego chcieć więcej? 😊

Miejsce drugie- Bang

O ile, Tajniaków, pewnie większość kojarzy, to Banga już niekoniecznie. A szkoda, bo uwierzcie mi zagracie raz i będziecie chcieli więcej. Przenosimy się na Dziki Zachód. Przed rozpoczęciem gry każdy otrzymuje swoją tajną rolę, przez wylosowanie karty. Może być to szeryf, zastępca, bandyta lub renegat. Następnie gracze losują swoją postać, która ma dodatkowe funkcję. Podczas gry, można wchodzić w interakcję, strzelając do kogoś, wyzywając na pojedynek czy okradać z kart. W czasie rozgrywki tracimy punkty żywotności (naboje), ale można je też odzyskiwać przez kartę piwko :D Ciekawą kartą jest też dynamit, który może spowodować utratę aż trzech żyć. Nas wyobraźnia kiedyś poniosła i oprócz utraty trzech naboi, założyliśmy się jeszcze o pewien kompromitujący post na fejsie. Zgadnijcie, na kogo padło…


Nawet Fela dała się namówić na jedną partyjkę. 😍

Gra ma jeden minus. Raz wyeliminowany gracz, nie może już powrócić do rozgrywki, ale generalnie  toczy się ona szybko. Zajmie nam jakieś 30 minut. A potem jeszcze raz i jeszcze raz…

Bang- cóż, gdzie on z nami nie był. Przede wszystkim na naszych chorwackich wakacjach umilał nam wieczory, ale zabieram go zawsze na wizytę do babci. Nie wiem, jak moja babcia to robi, ale prawie zawsze wygrywa i potrafi jednocześnie oglądać Twoja twarz brzmi znajomo. Magia!

Miejsce pierwsze- Osadnicy  z Catanu

To jest zdecydowanie moja ulubiona planszówka. To gra, w której zbieramy surowce- drewno, siano, glinę, baranka (😀) oraz skałę. Za zebrane surowce możemy wybudować drogi, osady, miasta lub kupić karty rozwoju. Tu jest dobrze mieć jakąś strategię np. skupiamy się na budowaniu osad i miast albo np. na kartach rozwoju, czy tworzymy najdłuższe drogi.  Ciężko jednak przewidzieć, jak gra się potoczy. Każda plansza ma swój numer, aby pobrać surowiec, musimy mieć na danej planszy swoją osadę(lub miasto) i trafić na tę liczbę oczek, przez wyrzut kostkami. Dużo zależy zatem od tego jak często będą wypadały konkretne liczby. Ale może właśnie dlatego ta gra się nie nudzi, jest  w tym jakaś losowość. Możemy między sobą handlować, blokować dane plansze poprzez użycie Złodzieja (którego można kupić bardzo często w kartach rozwoju lub przez wyrzucenie 7 na kostkach). Ustalamy między sobą do ilu punktów gramy, my zazwyczaj do 12. Gra posiada różne rozszerzenia, moje wciąż czeka na przetestowanie.



To najdroższa propozycja ze wszystkich, ale uwierzcie mi- najlepsza! Osadników poznałam właśnie na wyjeździe. Spędzaliśmy majówkę ze znajomymi w Gródku nad Dunajcem i graliśmy naprawdę do późnych godzin. To była miłość od pierwszego zagrania!

To już wszystkie moje propozycję. Oczywiście wszystkie zasady podałam w większym lub mniejszym skrócie, ale zdecydowanie są one do ogarnięcia. A może Wy macie do polecenia jakaś perełkę? 😍

Read more »
o stycznia 26, 2021 15
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

stycznia 18, 2021

Jak czytać dużo książek i nie zbankrutować?


 

Kiedyś znajomy, zajawiony na nowości elektroniczne, opowiadał mi o kupnie nowego smarftona. Kierował się przede wszystkim dobrym aparatem, a że na fotografii, trochę się zna, zakup był uzasadniony.  Aczkolwiek sama bym się nie zdecydowała ze względu na wysoki koszt tego telefonu. No, ale punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Kolega spytał, ile kosztuje mnie moje czytelnicze zamiłowanie. I wyszło, że w sumie całkiem sporo. Zakładając, że jedna książka kosztuje 40 zł, a ja chcę w tym roku przeczytać ich 60, to musiałabym wydać na nie 2400 zł. I oczywiście, może nie jest to ogromna suma, ale znalazłam kilka sposobów na to, aby wydać trochę mniej, a i dać książkom drugie życie 😊.



1.      Wypożycz z biblioteki

Najprostsze rozwiązania są najlepsze. Ja często korzystam z usług biblioteki i tak np. trafiłam na książki Czornyja, o którym pisałam tu. Moją uwagę przyciągnęła okładka i krótki opis, ale była to jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w tamtym roku. Udało mi się w ten sposób przeczytać kilka książek Cobena, czy książkę Błaszyczkowskiego. Aczkolwiek nie zawsze trafimy na coś super. Mnie przykładowo zawiodła pozycja „Blok 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz.” Temat wydawał się bardzo interesujący i faktycznie taki jest, niestety sposób pisania autora zupełnie do mnie nie trafił i bardzo się męczyłam, żeby skończyć. Jeśli szukamy jakiejś konkretnej pozycji, polecam katalogi internetowe. W ten prosty sposób możemy sprawdzić, czy jest szansa na wypożyczenie i gdzie.

Dobrym pomysłem jest też oddanie własnych książek do biblioteki. Skoro kurzą się na półkach, są już dawno przeczytane, to czemu miałyby nie posłużyć komuś innemu? W końcu w ten sposób robi się miejsce na kolejne. 

2.      Pożycz od kogoś

Zazwyczaj książki, które kupuję, nie leżakują u mnie zbyt długo. Kiedy skończę i wiem, że daną pozycję, mogę komuś polecić, to tak robię. Najczęściej pożyczam mamie, teściowej czy przyjaciółkom. Kiedy później mogę z kimś podyskutować o fabule, wiem że to był udany zakup i cieszę się, że mogłam się podzielić swoim małym odkryciem. To działa też w drugą stronę- bo kiedy któraś z bliskich mi osób czyta dobrą książkę, poleca mi ją i pożycza. W ten sposób właśnie trafiłam na „Osiedle Rżniw” i gdyby nie siostra, pewnie bym jej nie przeczytała. Mimo, że Mroza czytam sporo 😊 Zatem wymiana między sobą to obustronna korzyść.



3.      Sprzedaj

Kiedy pierwszy raz wystawiłam książki na sprzedaż, usłyszałam uszczypliwy komentarz, że jestem Januszem biznesu 😁 Zarówno wtedy, jak i dziś, puszczam tę uwagę mimo uszu i się uśmiecham. Nie sprzedawałam książek, bo potrzebowałam dodatkowego dochodu, a jedynie dlatego abym mogła sobie kupić następne książki. Wiadomo, że nie mogłabym wystawić książek za taką samą, czy nawet podobną cenę, bo zazwyczaj dochodzi jeszcze koszt przesyłki i wychodzi niemalże podobnie jak w księgarni. Książki wystawiam za około 30-40% jej pierwotnej ceny. Z tym, że zanim sprzedam, puszczam ją jeszcze w mój czytelniczy krąg. 😉 Tym bardziej mnie to cieszy, że dobra książka może umilić wieczór co najmniej kilku osobom. Oczywiście, są książki których nie wystawiam- to te, które dostałam na prezent lub takie, które mają dla mnie wartość sentymentalną. Choć staram się, aby było ich niedużo, bo i tak jestem aktualnie na etapie poszukiwania nowych półek na książki.


Ta kolekcja ostatnio poszła u mnie na sprzedaż. Rozeszła się błyskawicznie, ale nie jest mi wcale żal. 😉

4.      Wymień

Książki sprzedaję jak i wymieniam na grupie na facebooku- Książki- sprzedaż/wymiana ksiązek. Przy wymianie książka za książkę opłacamy nawzajem tylko koszt przesyłki. Jeśli szukamy taniej przesyłki, możemy nadać paczkę przez aplikację Vinted. Tam najtańsza kosztuje chyba 7 zł. Za kilka złotych, dostajemy kolejną domową lekturę i uwierzcie mi, w zdecydowanej większości są one w idealnym stanie. Raz nawet dostałam książkę z życzeniami na samoprzylepnej kartce. To mały gest, a cieszy.  Jeśli wahamy się nad kupnem jakiejś książki, możemy właśnie ogłosić się na takich grupach. Może komuś zalega i sprzeda nam taniej? Albo wymieni się na taką, która już dawno jest przeczytana? Warto spróbować.

5.      Wylicytuj/wystaw na aukcję

W moim wypadku właśnie tak się zaczął mały handel książkami. W styczniu, rok temu, mocno zaangażowałam się w zbiórkę pieniędzy dla chorego chłopca. Najpierw wystawiałam książki, które już dawno przeczytałam i które mogłyby kogoś zainteresować, a potem podarowałam na licytację cenną dla siebie koszulkę z autografami siatkarek. Oprócz możliwości kupna (czasem uda się wykupić jakieś perełki taniej), to wpłacamy pieniążki na szczytny cel.  A dobro zawsze wraca!

A tu mój najnowszy nabytek właśnie z licytacji. Zacznijmy rok od czegoś dobrego. 😌

6.      Bookcrossing

Co prawda, w związku z pandemią, ta forma nabycia książek, jest teraz ograniczona, ale czekamy wszyscy na lepsze czasy! Bookcrossing to wymiana stacjonarna. Kilka lat temu brałam udział  w takiej akcji w jednej z krakowskich galerii. Przynosimy dowolną ilość książek, odkładamy na półkę i taką samą ilość, możemy ze sobą zabrać. Książki są przeróżne, więc myślę, że każdy coś dla siebie znajdzie. My wtedy z mamą wymieniłyśmy naprawdę potężną ilość książek. Nie skłamię jeśli powiem, że około 20. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze będzie mi dane uczestniczyć w takiej akcji. Oby częściej!

7.      Kupuj taniej

Ale jak? A jednak da się trochę oszczędzić… Ja często zamawiam książki z Bonito, zazwyczaj większą ilość i jeśli jest taka możliwość, to odbieram je osobiście. Na tej stronie książki kosztują około 27,28 zł czyli jest to jednak trochę mniej, a przy większej ilości, to już brzmi akceptowalnie. 😊 Innym miejscem, w którym możemy kupić taniej są różnego rodzaju antykwariaty. Moim ulubionym w Krakowie jest Skład Tanich Książek na ulicy Grodzkiej, ale na pewno jest więcej takich miejsc. Wystarczy trochę poszukać, wyjść na spacer i wrócić z książkami.

8.     Czytaj Ebooki

I ostatnim już sposobem na przeczytanie dużej ilości książek i nie zbankrutowanie, jest czytanie ebooków. Ebooki są tańsze i na pewno bardziej poręczne. Z tym, że trzeba lubić taką formę czytania. Ja niestety nie mogę się do niej przekonać, ale jest to na pewno jakaś opcja. Można szukać jakichś pdf-ów, czy korzystać z różnych portali jak np. Legimi czy Empik.

 


To już wszystkie moje wskazówki na to jak czytać dużo i niekoniecznie wydawać na to miliony monet.  Czy któryś sposób Was zaskoczył? A może dodalibyście coś jeszcze do tej listy? Dajcie znać.



Read more »
o stycznia 18, 2021 9
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

stycznia 10, 2021

Wycieczki górskie dla opornych


Nie od razu Kraków zbudowano, czyli dziś wpis o tym jak zachęcić kogoś do wycieczek górskich. Przed Wami kilka moich propozycji dla tych, którzy chcą zacząć przygodę z górami. To również wpis dla szukających ciekawych szklaków, nieco mniej popularnych, ale przy tym równie pięknych. Zapraszam👇

Maciejowa

Na pierwszy ogień wycieczka w miejsce, od którego wszystko się zaczęło. Mam na myśli nasze górskie wyprawy. Oczywiście mieliśmy wcześniej zaliczone topowe Morskie Oko, czyli krokusy w dolinie Chochołowskiej. I tak, trochę przypadkiem (bo cel na niedzielę miał być zupełnie inny) wybraliśmy się do Rabki na spacer. Zostawiliśmy samochód w centrum i wyruszyliśmy czerwonym szlakiem, mijając Park Orkana. Szlak wiedzie głównie polnymi drogami. Trasa do schroniska zajęła nam około 1.5h, ale jest to przyjemny szlak. Na rozgrzewkę w sam raz. Mijaliśmy wiele górskich polanek, która pozwoliły nam oderwać się od miejskiego zgiełku.


 W schronisku można kupić coś do jedzenia i picia. Wiadomo, że teraz tylko na wynos (w godzinach 10-18, sprzedaż w okienku wg. informacji na stronie schroniska), ale my zdecydowaliśmy się tylko na kupno pamiątkowego magnesu. Na szlaku raczej nie ma tłumów no i można wybrać się z dzieckiem, ale z wózkiem mogą być już problemy, zwłaszcza przy samej końcówce.


 Lubomir i Łysina

Kolejną moją górską propozycją jest Lubomir, który zdobyliśmy pod koniec maja ubiegłego roku. Wycieczkę zaczynamy od Przełęczy Jaworzyce, do której dojeżdżamy w godzinkę z Krakowa. Auto zostawiamy przy drewnianych ławeczkach i wyruszamy asfaltową drogą, która stanowi około połowę naszej trasy. Najpierw pnie się przez las, a później między domami. Zawsze mnie to zastanawia, czy gdybym ja mieszkała w takim domku na szlaku, to ile czasu zajęłoby mi przyzwyczajenie się do turystów wokół. Wchodząc na drogę szutrową, zaczynają pojawiać się piękne panoramy. Mijamy restaurację Gościniec, która niestety w dobie pandemii była nieczynna, a szkoda bo wyglądała naprawdę zachęcająco. Po drodze pojawiają się tablice informacyjne dotyczące np. historii obserwatorium, które znajduje się na szczycie. Nic nas nie goni, dlatego spokojnie możemy zatrzymać się przy każdej i czegoś nowego się dowiedzieć. I tak, pnąc się drogą przez las, docieramy do szczytu.


 Niestety obserwatorium jak się pewnie domyślacie, jest zamknięte, ale są ławeczki, można odpocząć i korzystać z błogiej ciszy. Z racji tego, że trasa zajęła nam godzinkę  z hakiem, ciągnę Męża jeszcze kawałek dalej, na Łysinę. Idziemy jeszcze chwilkę lasem, może 15-20 minut i docieramy do celu. Po drodze mijamy ławeczkę z pięknym widokiem. Wyobraźcie sobie to, jesteście na szlaku praktycznie sami (spotkaliśmy pojedyncze osoby, ale był to też poniedziałek) i zupełnie przez przypadek trafiacie na takie miejsce. 


Czasem nie trzeba wielkich poświęceń, żeby zobaczyć piękne rzeczy.  Wracamy tym samym szlakiem, aczkolwiek Lubomir może być ciekawym przystankiem w drodze na inne górskie szczyty (jak np. Lubień czy Kudłacze)



Wielki Kopieniec

Kiedy już mamy trochę wprawy w górskich wycieczkach, można pomyśleć o czymś wyżej i dalej. Przenosimy się w Tatry. No i jak tu ominąć choć trochę rzeszę turystów, a przy okazji trafić na jakiś ładny szlak, niekoniecznie bardzo trudny. Brzmi niemożliwie? Ależ skąd 😉 Wielki Kopieniec to chyba trochę nieodkryty szczyt, a szkoda bo mnie bardzo przypadł do gustu i na pewno na długo go zapamiętam. To jedna z gór, której nawet moja mama jeszcze nie zdobyła. Wędrówkę zaczynamy od zostawienia samochodu na parkingu we wschodniej dzielnicy Zakopanego -Jaszczurówce. Miejsc nie ma za dużo i mimo późnej pory, udało nam się zaparkować i nawet nic za ten parking nie za płacić. Szok. Drogowskazy pokazują, że na szczyt dotrzemy w niecałe 2 godziny.


 Z racji tego, że szczyt zdobiliśmy kilka dni temu, w warunkach zimowych, to faktycznie całość trasy, razem z postojami zajęła nam niecałe 4h. Początek szlaku jest prosty, a zima sprawia że wręcz urokliwy. Ochów i achów na temat zimowego klimatu nie było końca.


 Idziemy wzdłuż Potoku Olczyskiego. W niecałe 30 minut docieramy do Polany Olczyskiej i mamy za sobą najłatwiejszy etap wycieczki, ale o tym szczęśliwie jeszcze nie wiemy. Kierujemy się dalej zielonym szlakiem, ponieważ żółty zaprowadził by nas na Nosal. A to innym razem.

Przechodzimy przez drewniany mostek i wchodzimy do lasu, podejście robi się trochę trudniejsze. Mijamy dzieci zjeżdżające na jabłuszku i żałujemy, że nie mamy takiego ekwipunku ze sobą, oj bardzo. Po około 45 minutach docieramy do Polany Kopieniec, mając za sobą tylko jeden (mój) upadek, jednak drogowskazy dodają nam sił, bo wiemy że jesteśmy już u kresu wędrówki. Zaczynają się schody, dosłownie i w przenośni. Pną się do góry, wyraźnymi zakosami. I wtedy, każdy z nas, prędzej czy później zalicza upadek. Z tą różnicą, że moi towarzysze wywracają się raz, a ja kilka razy. No, nie było to zbyt mądre, przyznaję. I dlatego, po zejściu z Kopieńca, mijając ludzi bez raków, ostrzegamy ich, że jest baaaardzo ślisko. No, ale wiadomo, nie uwierzy dopóki nie zobaczy. 


Zejście okazało się trudniejsze, a że było nam wszystko jedno, to cześć trasy po prostu zjechałyśmy na tyłku, szczęśliwie nie rozdzielając sobie przy tym ubrań. Uwierzcie mi, nie byłyśmy jedyne😁. Co nie zmienia faktu, że na pewno będę się bardziej przygotowywać do wycieczek w zimie.

Dolina Białej Wody

Czasem trzeba trochę poszperać, aby znaleźć jakieś górskie perełki. Albo poradzić się kogoś bardziej doświadczonego. I tak było w tym wypadku. Do Doliny Białej Wody trafiliśmy przez polecenie. Jest to najdłuższa dolina w Tatrach i dla wielu uznawana za najpiękniejszą. Startujemy z Łysej Polany, z tym że Dolina jest położona jest na terytorium Słowacji. Obecnie zatem spacer po tym urokliwym miejscu jest dość utrudniony, ale gdy tylko się to zmieni, zachęcam Was do odwiedzenia! Na parkingu jest masa ludzi, my musimy zaparkować po stronie słowackiej i przez chwilę obawiamy się tłumów. Na szczęście wszyscy idą na Morskie Oko, a my wybieramy szlak zdecydowanie mniej oblegany. Początkowo wędrujemy drogą asfaltową, która później zmienia się w szeroka drogę szutrową, delikatnie pnącą się do góry. Podstawowa trasa kończy się na Polanie Białej Wody. To około 3.2 km, dla nas jest to jednak przystanek i maszerujemy dalej, widoki tylko nas do tego zachęcają.


 Mijamy dwie kolejne polanki- Pod Upłazki oraz i Pod Aniołami. Aż dochodzimy do Polany pod Wysoką, na której kończymy naszą wyprawę. Mamy apetyt na więcej, ale niestety ogranicza nas czas. Dlatego pewnie jeszcze kiedyś tam wrócimy i zdobędziemy Litworowy Staw. Mimo to, był to udany spacer, przeszliśmy 20 km, w niecałe 5h. 


Trasa nie ma żadnych trudności technicznych, a widoki są naprawdę piękne. Jest zatem ciekawą propozycją, dla tych którzy lubią spacerować, ale niekoniecznie zdobywać wysokie szczyty.


Która górska wycieczka najbardziej Was zachęciła? A może już byliście w którymś miejscu? Dajcie znać, a ja na całe szczęście mam jeszcze kilka perełek w zanadrzu, które prędzej czy później opiszę na blogu 😊

Read more »
o stycznia 10, 2021 16
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

grudnia 30, 2020

52 książki w ciągu roku - podsumowanie wyzwania


Na początku moim zamysłem było stworzenie bloga skupiającego tylko treści podróżnicze. I długo utwierdzałam się w tym przekonaniu, przygotowując robocze posty. Kiedy jednak nadszedł czas założenia swojej strony, parę osób podsunęło mi pomysł, rozszerzenia tematyki. A, że generalnie to bliscy, znajomi, zmotywowali mnie do pisania, zaufałam im i w tej kwestii. Czy oprócz polecenia podróżniczych miejscówek, umiem też zachęcić do przeczytania jakiejś książki? Przekonajmy się! Sama jestem tego ciekawa 😊

52 książki w ciągu roku- niemożliwe?

Już od kilku lat biorę udział w wyzwaniu 52 książki w ciągu roku, czyli jedna na tydzień. Z jednej strony wydaje się to dużo, a z drugiej przeczytanie dobrej książki w ciągu 7 dni, nie brzmi jakoś strasznie. U mnie z wyzwaniem było różnie .W tamtym roku przeczytałam około 40, dwa lata temu udało mi się przekroczyć tę liczbę, a w tym - pobiłam swój rekord. Aktualnie jestem w trakcie czytania 54 książki. I jestem z siebie dumna, bo we wrześniu, czy październiku, miałam jakieś 38 na liście i nie wierzyłam, że się uda. A przecież… czasu na czytanie miałam aż nadmiar. W tym książkowym podsumowaniu, postaram się wyodrębnić zarówno takie, które były prawdziwym sztosem, ale również te, które mnie zawiodły.



Ciągle tylko ten Mróz…

Większość znajomych wie o tym, że dużo czytam i kojarzy mnie z twórczością jednego z najpopularniejszych teraz pisarzy - Remigiuszem Mrozem. Czy słusznie? Cóż, po podliczeniu ile jego książek znajduje się na mojej liście przeczytanych w tym roku, okazuje się że faktycznie sporo, bo 8. Co by nie było tak ckliwie, jedna z jego tegorocznych pozycji, mocno mnie zawiodła.

LOT 202

Gdyby nie to, że spędziłam u fryzjera 5 godzin (tak, dobrze czytacie…) nie skończyłabym tej książki. A tak, z nudów, jakoś przetrwałam do końca. Akcja dzieje się w uprowadzonym przez porywaczy samolocie, w którym leci premier. Miał być to zwykły lot do Toronto, a okazuje się, że dla niektórych mogła być to ostatnia podróż. Spora część akcji dzieje się właśnie na pokładzie samolotu. Wszystko jest powiązane z tajemniczą śmiercią chłopaka z Nowej Huty. I szczerze liczyłam na jakiś bardziej rozbudowany wątek z moją dzielnicą 😒. Poza tym książka rozkręca się na dobre dopiero w połowie, czyli po jakichś 250 stronach… Drugi raz bym na pewno nie przeczytała. Dla mnie 4/10

Osiedle RZNiW

No i to jest zdecydowanie ten Mróz, którego ja kocham! Gdyby nie polecenie od mojej siostry, pewnie nawet nie sięgnęłabym po tę książkę. Ale skoro ona przeczytała i poleca, to znaczy że coś w tym musi być. Tym razem przenosimy się na ubogie osiedle RZNiW, są to początki lat dwutysięcznych. Nasz główny bohater Deso wychowuje się z babcią, jest raczej typem samotnika, a przy okazji wielkim fanem hip-hopu. Książka już od samego początku wciąga. Pojawiło się we mnie pytanie „co ten Mróz znowu wymyślił?” I to, co wymyślił, na pewno Was zaskoczy! Jednak to, co dla innych może być plusem, niektórym może przeszkadzać. Chodzi mi o język. Znajdziemy tutaj dużo slangów związanych z subkulturą hip-hopu, dzięki czemu lepiej poznajemy bohaterów i ich gusta muzyczne. Dla mnie był to ciekawy powrót do przeszłości, w końcu kiedyś się słuchało Jeden Osiem L i innych 😉 Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka, ale zwrot akcji w tej książce zasługuję na złoty medal! 10/10

Moje odkrycie roku

W podsumowaniu muszę napisać też słów kilka o autorze, którego odkryłam całkiem przypadkiem, a już wiem, że zostanie ze mną na dłużej. Mam na myśli Maxa Czornyja. Trafiłam na jego książkę w bibliotece, przyciągnęła mnie ciekawa okładka oraz krótki i konkretny opis. Traumę przeczytałam bardzo szybko i dopiero później dowiedziałam się, że jest to trzecia część serii z komisarzem Erykiem Deryło. Wyszło tak, że przeczytałam potem drugą (Ofiara) , a na końcu pierwszą część (Grzech) . I nie zrobiłam tego celowo, a raczej w takiej kolejności książki trafiały do mych rąk. Mimo to, taka kolejność nie przeszkadza aż tak bardzo. Traumę czytałam jeszcze w zimie, więc nie pamiętałam wszystkiego. Historia dotyczy szalonego mordercy, który w swoich zabójstwach, wykorzystuje motyw religijny. Opisy są bardzo szczegółowe, więc jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy, to najlepiej je pominąć, ale książki na bok nie odkładać. Między mordercą, a komisarzem tworzy się pewnego rodzaju specyficzna więź i czytelnik nie może się doczekać konfrontacji, która prędzej czy później nastąpi. I nie będzie wtedy miejsca na skrupuły, na szali zarówno jeden i drugi postawi wszystko, co dla niego cenne. Te trzy książki oceniam na mocne 8/10



O dwóch książkach, przy których się mocno wzruszyłam

W tym roku stałam się też wielką fanką podcastów kryminalnych. I słuchając, jednego z ulubionych, słyszę historię o zabójstwie dziecka i wiem, że już ją znam. No tylko nie wiem skąd… Kto z nas nie miał nigdy podobnego uczucia? Naprawdę trochę się nad tym głowiłam, czy to był jakiś inny podcast, a może jakaś książka. I w końcu mnie olśniło! Zabójstwo było o tyle charakterystyczne, że zbrodni dokonało dwóch chłopców. A przeczytałam o tym, w książce Paula Brittona Profil Mordercy. Autor to jeden z najsłynniejszych profilerów na świecie. Na podstawie śladów na miejscu zbrodni, zeznań świadków, zapisów z monitoringu, potrafi nakreślić profil mordercy. I tak było w przypadku wyżej wspomnianego zabójstwa. Kto by pomyślał, że za porwanie i zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem odpowiada dwóch dziesięciolatków? Przy tej historii naprawdę płakałam, bo to okropne, jak można skrzywdzić kogoś niewinnego w imię głupiej zabawy… Wstrząsnęło mną na tyle, że zaczęłam przyglądać się w miejscach publicznych, jak rodzice pilnują dzieci i jak łatwo stracić naszą pociechę z oczu. Generalnie książkę polecam wszystkim tym, którzy interesują się profilowaniem, kryminologią, psychologią psychopatów. A po książce, kto jeszcze nie zna - obowiązkowo Mindhunter na Netflixie 😊 10/10

To co zostawiła, to kolejna propozycja z polecenia, która podbiła moje serce. Nasza główna bohaterka trafia do szpitala psychiatrycznego, dlatego że nie chce wyjść za mąż za wybranka jej rodziców. Jest zakochana w mężczyźnie z niższej klasy społecznej, jednak opiekunowie nie akceptują tego związku. Możemy poznać funkcjonowanie szpitala psychiatrycznego, które wstrząsa czytelnikiem. Do samego końca trzymamy kciuki za główną bohaterkę, doświadczającą traumatycznych przeżyć. A jaki jest koniec? Cóż, przygotujcie chusteczki… 9/10

Dobrze się zapowiadało, ale … czyli kilka słów o Marcelu Mossie

Książkę Nie odpisuj pochłonęłam w kilka godzin. Spodobała mi się tematyka i styl autora. Główna bohaterka Martyna zakłada profil na portalu z anonimowymi zwierzeniami. W ten sposób próbuje pozbierać się po rozstaniu z narzeczonym. Odzywa się do niej mężczyzna, który jest ofiarą przemocy domowej. Książka dotyka kilku trudnych tematów, o których wciąż mało się mówi. I pierwsza część jest według mnie najlepszą. Im dalej w las, tym bardziej zawiła fabuła i dla mnie zbyt odrealniona. No i największa porażka - Pokaż Mi. Każdy rozdział zaczyna się statystykami dotyczącymi życia seksualnego, niektóre są ciekawe, inne śmieszne, a pozostałe tak głupie, że ciężko cytować. Nasz główny bohater, za namowa kolegi, jako rozwiązanie wszystkich problemów, proponuje założenie aplikacji randkowej. Nie jest to zwykła aplikacja, polega na pokonywaniu wyzwań i zdobywaniu punktów. Aby na końcu móc spotkać się z gwiazdą aplikacji. Czy warto było poświęcić wszystko na to spotkanie? Tego się dowiecie, jeśli dotrwacie do końca. Ja się cieszę, że książkę sprzedałam 😊 dla mnie generalnie książki Mossa to średniawka, czyli 5/10

Tematyka Auschwitz, czyli kilka perełek

Co by nie było, że czytam tylko kryminały i thrillery psychologiczne, czasem sięgałam też po książki o tematyce wojennej. W 2019 książką roku był dla mnie Tatuażysta z Auschwitz. Opowiada ona o poświęceniu, miłości i realiach w czasach zagłady. W tym roku trafiłam na Podróż Cilki, która jest kontynuacją Tatuażysty. Tym razem jest to opowieść z kobiecego punktu widzenia. O młodej dziewczynie, która wykazała się wielka odwagą i hartem ducha. Potrafiła wykrzesać z siebie dobro i bezinteresowność w miejscu, które zmieniało ludzi na zawsze. Jedna i druga książka dzięki swym opisom, potrafi wprowadzić nas wprowadzić w świat bohaterów. Całościowo moja ocena to 8/10

I kolejną pozycją do polecenia dla fanów takiej tematyki jest Sekret Elizy. Opowiada o dziewczynie, która ląduje w domu publicznym i jest przymuszana do aktów seksualnych. Czy to był jedyny sposób na przetrwanie? Czy można było w Auschwitz utracić człowieczeństwo? Co my bylibyśmy w stanie poświęcić, aby przeżyć? Bohaterka tej trudnej książki wcale nie jest taką, która da się lubić. Wręcz odwrotnie, bywa irytująca, zimna, jakby zdystansowana do tego wszystkiego. Dzięki temu pojawia się w czytelniku pytanie- czy dałoby się inaczej? Te czasy prowadziły do naprawdę tragicznych wyborów i trzeba zdać sobie z tego sprawę.

 

O książkach mogłabym jeszcze dużo pisać, ale z racji podsumowania wyzwania, chciałam w skrócie napisać o tych, które szczególnie zapamiętam, ale również  wspomnieć te o których najchętniej mogłabym zapomnieć. To jak, kogoś namówiłam na kupno książki? 😏

 

Read more »
o grudnia 30, 2020 6
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

grudnia 20, 2020

Podróże w czasie pandemii


  Trochę ciężko jest wspominać podróże, kiedy są one w danym momencie tak ograniczone. Dziś, wyjeżdżając gdzieś, musimy pamiętać o tym, że do żadnego muzeum nie wejdziemy, trzeba liczyć się też z posiłkami na wynos, a o noclegu już nie wspominając. Spokojnie, to nie będzie post o tym, jak nam teraz wszystkim ciężko. Spójrzmy na to inaczej – dziś, żeby podróżować trzeba wykazać się po prostu większą kreatywnością i elastycznością. Wiadomo, dobrym pomysłem na wycieczkę są góry. Ale gdyby akurat nasze towarzystwo miało dość, czy obawiało się pogody, można jechać gdzieś indziej. Dziś przychodzę do was z propozycjami bliskich podróży w czasach pandemii.

Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach

  To atrakcja dla dużych i małych. Świetny pomysł na wycieczkę. Z Krakowa kierujemy się w stronę Tarnowa, dojazd zajmie nam około 1.5h. Na parking trafimy bez problemu, ale radzę wybrać się odpowiednio wcześnie. My dojechaliśmy na 10, wtedy jeszcze nie było problemu z zaparkowaniem, ale kiedy wracaliśmy, parking był przepełniony samochodami. Dlatego weźcie to pod uwagę, wybierając kierunek. W Ciężkowicach spędziliśmy prawie 3h i był to naprawdę solidny spacer. Bilet wstępu kosztuje 3 zł, a opłata za parking wynosi 5 zł. Jeśli dobrze pamiętam, to płatność tylko gotówką. ☺

  Dlaczego warto wybrać się właśnie tam? To tak naprawdę małe miasto zamienione w kamień. Każda większa formacja skalna ma swoją konkretną nazwę i trzeba użyć wyobraźni, aby znaleźć wytłumaczenie dla danego terminu. Z pomocą jednak służy nam zakupiona książeczka w kasie, w której wszystko jest dokładnie opisane. No cóż, w niedzielny poranek, czasem ciężko o spostrzegawczość i kreatywność. W przewodniku, zalecane jest rozpoczęcie wycieczki od dwóch skał, które są po drugiej stronie drogi. To Czarownica i Ratusz. Ta pierwsza, to zdecydowanie najpopularniejsza skała w rezerwacie. I faktycznie, charakterystyczny kształt górnej części jednej ze ścian przypomina profil wiedźmy. Kierując się w stronę Ratusza, można podziwiać piękny widok na rzekę Białą. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby te dwie skały zwiedzić na samym końcu. My właśnie tak zrobiliśmy i nie byliśmy jedyni.

  Wędrując lasem, delikatnie pniemy się do góry i mijamy Skały o takich nazwach jak : Stary Kamieniołom, Pieczarki, Orzeł, Pianino, Piekiełko i jeszcze kilka innych. Na nas największe wrażenie zrobiła Skała z Krzyżem, głównie dlatego że można było się na nią wspiąć. I pewnie gdyby nie opis w naszym przewodniku, to byśmy na to nie wpadli, bo wejście jest wąskie i wcale nie takie oczywiste. Kiedy zobaczyłam na zdjęciu dziecko, to od razu stwierdziłam, że trzeba chociaż spróbować. A, że tym razem miałam kompana, który równie jak ja, lubi ryzyko 😆 (nie, to nie M), to zakasałyśmy rękawy i weszłyśmy na górę. Widać stamtąd piękną panoramę Ciężkowic. W tym miejscu kończy się Skamieniałe Miasto, ale warto zawędrować dalej, aby zobaczyć jeszcze jedno cudowne miejsce. To Wąwóz Czarownic. Kierujemy się niebieskim szlakiem, lekko w dół. Warto tam zajrzeć chociażby dla Wodospadu Ciężkowickiego, ale generalnie całość tworzy swój unikalny klimat i jest to dobry pomysł na niedzielna wyprawę. Przy parkingu są też budki z jedzeniem, można kupić hot-dogi, burgery, gofry, kawę itp. Coś czuję, że jeszcze uda nam zwiedzić podobne atrakcje, tylko troszkę dalej- np. w Górach Stołowych.

Lanckorona i Kalwaria Zebrzydowska

  Tym razem zupełnie inny pomysł na wycieczkę. O Lanckoronie tak naprawdę wie mało kto, bo to malutka wieś położona w Małopolsce. A szkoda, bo to miejsce, w którym trochę zatrzymał się czas, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To urokliwe kamieniczki, mały rynek i panująca tam atmosfera. Dojeżdżamy po niecałej godzinie do centrum i parkujemy właśnie na rynku. No, tutaj można by się było przyczepić, że to trochę psuje klimat tego miejsca, ale przynajmniej wszędzie jest blisko 😊 Trzeba zawsze szukać pozytywów, a nie skupiać się tylko na brakach. Choć jest to niedzielne popołudnie, porozstawianie się różnorakie kramy z domowymi przetworami, magnesikami z ceramiki czy świątecznymi ozdobami. My na drobne zakupy wybierzemy się na końcu, więc po zapoznaniu się z mapą, kierujemy się w stronę ruin zamku. Po drodze mijamy też kościół pw. Narodzenia Świętego Jana Chrzciciela. Pniemy się w górę, ale spokojnym tempem. Przed wycieczką czytałam o tym, że do ruin ciężko trafić, bo szlak jest źle oznakowany. Ja generalnie mocna w orientacji w terenie nie jestem (nie to, co moja mama i siostra), ale my trafiliśmy bez problemu. Jedyny problem jest z wejściem, bo jest ogrodzone, więc co najwyżej chwilę się pokręcimy, zanim znajdziemy wejście, ale nie jest to niemożliwe. Ruiny zamku pochodzą aż ze średniowiecza, jednak rozbudowany i wzmocniony został przez konfederatów barskich. Wejście nie jest zbyt trudne, ale dla osób z dziećmi w wózku, ze względu na kamienie, może być niewykonalne. Spacer po ruinach zajął nam około 45 minut.

 Następnie przespacerowaliśmy się jeszcze po Lanckoronie. Mnie bardzo podobały się kolorowe chatki i życzliwi sprzedawcy. Tutaj większość zna siebie nawzajem i może właśnie to tworzy rodzinny klimat tego miasteczka. Wzięliśmy kawę na wynos, spróbowaliśmy rogala lanckorońskiego i ruszyliśmy dalej.

   Dosłownie kilka kilometrów od Lanckorony leży Kalwaria Zebrzydowska. Warto tam zajrzeć przede wszystkim ze względu na Sanktuarium i przespacerować się po dziedzińcu, a jeśli mamy więcej czasu, można iść także na te słynne Dróżki Kalwaryjskie. Jeśli niekoniecznie chcemy zwiedzić Kalwarię, można podjechać też np. do Wadowic po kremówkę na wynos. ☺ Te dwie lokalizację stanowią kolejny ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu. Na pewno mają jeszcze więcej do zaoferowania, więc kiedy tylko wszystko wróci do normalności, Lanckoronę pewnie jeszcze zwiedzimy, bo to miejsce, gdzie naprawdę można złapać oddech i odpocząć.

Pustynia Błędowska

    Moja ostatnia propozycja na dziś to Pustynia Błędowska. To kolejna, nietypowa atrakcja, którą warto odwiedzić. Szczerze powiedziawszy, dużo o niej słyszałam, dużo zdjęć widziałam, ale jakoś nigdy nie było okazji ani powodu, żeby tam jechać. Nawet za dzieciaka. A to przecież blisko Krakowa, bo znów droga zajmie nam nieco ponad godzinę- oczywiście zależy skąd dokładnie startujemy. Zaparkować można w różnych miejscach, zależy gdzie chcemy trafić. My wybraliśmy jako cel chyba najpopularniejsze miejsce, czyli Róże Wiatrów. Inne punkty widokowe to Dąbrówka, która ukazuje poligon wojskowy oraz Czubatka, która jest świetnym punktem obserwacyjnym.

 Róża Wiatrów to najnowszy taras widokowy. To drewniana platform w otoczeniu kompleksu altan oraz molo. Znajdują się tam też ciekawe tablice informacyjne. Jedna z nich przedstawia legendę powstania Pustyni Błędowskiej. Ponoć to diabeł upuścił na ten teren worek piachu, ponieważ przeszkadzały mu odgłosy z okolicznych kopalni. Prawda jest jednak zupełnie inna- teren pustynny to dzieło ludzi. Jest to największa pustynia w Europie więc zdecydowanie warto tam pojechać. To dobre miejsce na spacer z dziećmi- nawet w połowie grudnia nie są zniechęcone zimnem i potrafią kopać zamki z piasku. Jest to również odpowiednie miejsce na spacer z psem. Jemu zamiast łopatki, wystarczy patyk i trochę przestrzeni. Czyli pustynia będzie idealna. ☺ Jeśli zależy nam na spacerze w ciekawym miejscu, zdala od miejskiego zgiełku, to ta lokalizacja powinna przypaść Wam do gustu. 

Oprócz ćwiczeń wojskowych na Pustyni Błędowskiej często odbywają się też sesje ślubne. Jak widać, każdy tutaj znajdzie coś zupełnie innego. Spacer zajął nam niecałe 2h, więc z dojazdem, na tą wycieczkę spokojnie trzeba przeznaczyć pół dnia. Zapewniam Was jednak, że nie jest to czas stracony.

  To tylko kilka z miejscówek, które możecie odwiedzić w czasie obowiązujących obostrzeń. Na szczęście mam w zanadrzu jeszcze parę lokalizacji na „czarną godzinę”, które pewnie prędzej, czy później trafią na bloga. Która wycieczka najbardziej Wam się spodobała? A może to Wy macie jakieś podróżnicze perełki do polecenia? Będę wdzięczna za każdą wskazówkę!

 

 

Read more »
o grudnia 20, 2020 15
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty

grudnia 16, 2020

Wizyta w Karpaczu

 

  Kiedy macie do wyboru pojechać w jakieś miejsce, jak często zdarza Wam się wybierać to, w którym już byliście? Czy może stawiacie przede wszystkim na nowości? Ja należę raczej do tej drugiej grupy. Lubię jeździć w nieodkryte miejsca, dowiadywać się czegoś nowego. Aczkolwiek, są wyjątki. Może kiedyś opowiem o nich więcej, ale mam na myśli tutaj sentymentalne szczyty górskie jak np. Babia Góra, Turbacz, Morskie Oko, czy pierwsze wspólne wakacje z M. w Pradze albo druga część podróży poślubnej w Rzymie. Oj, w tamte rejony mogłabym wrócić 😌

  Natomiast przy rocznicowym wyjeździe (dlatego tak sentymentalnie, bo to nie był byle jaki wypad) mając do wyboru zwiedzone x razy Zakopane a nieznany, a gorąco polecany, Karpacz, wybór był prosty. Ale… było trochę szaleństwa w tym planowaniu. We środę ustaliliśmy, że nie jedziemy w czwartek popołudniu tylko w piątek rano. Do tego karta płatnicza trochę zrobiła mi figla i o mały włos, a faktycznie wylądowalibyśmy w Zakopanem. W czwartek rano nie wiedzieliśmy jeszcze gdzie konkretnie jedziemy, czy rezerwacja w Karpaczu jest aktualna, prognozy też nie nastrajały optymistycznie. Mimo to, ruszyliśmy w nieznane. Naszym pierwszym i obowiązkowym punktem była Śnieżka. To dla Niej tam pojechałam. Dlaczego drugi raz nie podjęłabym się wejścia na ten szczyt, możecie przeczytać w tym wpisie klikając tutaj. Zatem nie będę się już ponownie rozpisywać na temat szlaku, wskazówek itp. Wyprawa wraz z dojazdem zajęła nam cały piątek. Przez sobotę i niedziele udało nam się zwiedzić i zobaczyć wiele, dlatego troszkę podzielę ten wpis. 

Ogród Japoński Siruwia w Przesiece

  Planując  zwiedzanie, staraliśmy się logicznie poukładać punkty tak aby wszystko było w miarę po drodze. Zaczęliśmy od Ogrodu Japońskiego w Przesiece. Od Karpacza to jakieś 25 minut jazdy samochodem. Wahaliśmy tylko ze względu na pogodę, ponieważ poprzedniego dnia już zmokliśmy i zmarzliśmy. Wyczytałam, że w razie niepogody, mają przygotowane parasole (no dobra, my też mieliśmy swoje ;)) poza tym dużo pozytywnych opinii przeważyło nad deszczową aurą. I dobrze, bo było świetnie! Muzeum jest czynne od 10, co godzinę jest zwiedzanie z przewodnikiem. Można też zwiedzać indywidualnie, ale polecam skorzystać z opcji oprowadzania. Tym bardziej, że cena jest niezależna od rodzaju zwiedzania. Wstęp kosztuje 27 zł, zapłacimy zarówno kartą jak i gotówką. Kluczowym w ukształtowaniu naszej pozytywnej opinii była sympatyczna pani przewodnik(ale nie tylko).Mówiła bardzo ciekawie, opowiadała sporo o kulturze Japonii- np.  o japońskiej tradycji picia herbaty, czy sprzątaniu szkoły przez uczniów. Nie zabrakło tez informacji o roślinach czy wodospadach znajdujących się na terenie ogrodu. Wspominała, co można zasadzić w domowych ogródkach i dlaczego warto to robić. Pokazywała też np. lodówkę z kamienia, która wcale tej lodówki nie przypominała ☺Więcej nie będę zdradzać, powiem tyle- dla wszystkich, którzy lubią obcowanie z naturą, zieleń- to miejsce musicie odwiedzić. Plusem jest też lokalizacja, ogród znajduje się niejako na wzgórzu, ale uwaga, niełatwo jest dojechać. GPS nam trochę wariował, zalecamy po prostu kierowanie się drogowskazami.  Po zwiedzaniu można spróbować tradycyjnej japońskiej herbaty czy piwa.  Czas zwiedzania to około godzinka.


Świątynia Wang

  Ten słynny kościółek jak i Śnieżka to zdecydowanie wizytówka Karpacza. Dlatego nie mogło nas zabraknąć w jednym i drugim miejscu. Świątynia jest dostępna do zwiedzania , wstęp kosztuje 10 zł, aczkolwiek przy wejściu widnieje informacja, że aby móc robić dodatkowe zdjęcia w środku, trzeba uiścić jeszcze 5zł. Ja, jako krakuska z krwi i kości, wolałam powstrzymać się od zdjęć i po prostu wsłuchać się w historię tego miejsca. Co więcej, uważam że na zewnątrz kościółek jest ładniejszy niż w środku. Na placu kościelnym znajduje się zabytkowy cmentarz. Są też ładne punkty widokowe, z których można przez lunetę podziwiać wspomnianą wcześniej Śnieżkę. Kiedy pokazywałam M, obserwatorium na szczycie, nie dowierzał że dzień wcześniej tam byliśmy. A jednak ☺

Dziki Wodospad i Zapora w Łomnicy

  Zostawiliśmy auto na parkingu pod świątynią i przespacerowaliśmy się pod Dziki Wodospad. Polecamy taką opcję, aby przy okazji trochę przejść  się po Karpaczu, a  poza tym przy wodospadzie ciężko o parking. W drodze, miniemy tzw. miejsce anomalii grawitacyjnej. Na tabliczce przeczytamy informację, że możemy wtedy jadąc samochodem, wrzucić na luz i obserwować co się dzieje z autem. Więcej nie powiem ☺ Przy wodospadzie było sporo ludzi, dlatego szybkie pamiątkowe zdjęcie i czas na kolejny punkt. Do zapory trzeba było już kawałek podjechać i biorąc przykład (niekoniecznie dobry ;)))  z innych, zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie widniał znak zakazu. Stała tam cała masa aut, bez mandatów ani blokad, więc stwierdziliśmy, że może i nam się uda. Zaporę zwiedziliśmy szybko, dlatego że znów mocno padało.

Termy Cieplickie

  Po intensywnym dniu zwiedzania, na deser, zostawiliśmy sobie relaks. I to nie byle jaki, bo w planach był wypad na termy do Jeleniej Góry. Przebieraliśmy nóżkami, tym bardziej że drugi dzień z rzędu trochę zmarzliśmy i zmokliśmy. Dlatego wygrzanie się w ciepłych wodach termalnych było dla nas wskazane ☺ A że my termy bardzo lubimy, nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności. Ja jedynie obawiałam się trochę kolejek. Był sobotni, deszczowy wieczór, zatem prawdopodobne było, że utkniemy w kolejce. I tu byliśmy mile zaskoczeni, że negatywny scenariusz się nie sprawdził. Na termach ludzi było mało, nie było ścisku, a przy kasie staliśmy tylko my. Bilet wstępu wraz z saunami na 2h kosztował nas 41 zł. Wybraliśmy taką opcję, ale założyliśmy że jeśli bardzo nam się spodoba, to najwyżej dopłacimy przy wyjściu. Dopłata za jedną minutę dłużej to 50 groszy.  Aczkolwiek, nam te dwie godziny w zupełności wystarczyły. Zarówno baseny jak i sauny oceniamy przyzwoicie. Jeśli chodzi o stosunek ceny do jakości ,to jest on jak najbardziej zadawalający. Można się tam wybrać jako miłe zakończenie intensywnego dnia ☺

Ruiny zamku Chojnik

  W niedzielę rano, po pysznym śniadaniu(na końcu wpisu, napiszę więcej o noclegu), wymeldowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę kolejnego celu. Niedziela miała nam upłynąć pod znakiem zamków. Pierwszym z nich był zamek w Chojniku. Położony w Jeleniej Górze, dokładnie w dzielnicy Sobieszowo. Z Karpacza jechaliśmy tam jakieś 30 minut.  Zapłaciliśmy za parking 10 zł i  ruszyliśmy czerwonym szlakiem na szczyt. Wchodząc na teren Karkonoskiego parku, musieliśmy oczywiście zapłacić również  za wstęp. Warto pamiętać, że aby zwiedzić ruiny, należy kupić osobny bilet, który kosztuje 7 zł. Płatność tylko gotówką, także tych opłat jest całkiem sporo. Trasa na zamek zajęła nam około 35 minut, idąc spacerkiem przez las. Trud wędrówki wynagradza nam piękna panorama.

 Chociażby dla tego widoku, warto pozwiedzać zamek. Ponoć, odbywają się tam pokazy rycerskie. Zamek został zbudowany już w XIV wieku przez księcia Bolka, mimo upływu lat, ruiny są naprawdę w dobrym stanie.

Zamek Książ w Wałbrzychu

  Naszym ostatnim celem był Zamek Książ w Wałbrzychu. Ja nigdy tam nie byłam, ale M. bardzo polecał, więc długo się nie opierałam. Generalnie na zwiedzanie tamtych  rejonów pasowałoby przeznaczyć cały dzień, ale my niestety nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Opcji dla zwiedzających jest kilka. Najbardziej podstawowa wersja- to zamek z audio przewodnikiem + palmiarnia. Cena takiego biletu to 39 zł.  Zakupu można dokonać również online. Inne wersje zawierają np. zwiedzanie podziemi, starej kopalni, czy mauzoleum. My zwiedziliśmy zamek i ogrody zamkowe. Do palmiarni nie udało nam się podjechać (ale to już kolejny argument za tym, żeby kiedyś tam wrócić). Generalnie mnie zwiedzanie z audioprzewodnikiem bardzo odpowiada, możemy sobie wybierać ciekawsze eksponaty i o nich posłuchać, a  z innych zrezygnować. Najbardziej zapadła mi w pamięć wystawa pt. „Książ od kuchni”, która ma niejako dwojakie znaczenie. Z jednej strony ukazuje codzienne życie w zamku, ale sam tytuł wystawy związany jest z jego autorem. Zdjęcia wykonywał nadworny kucharz Hochbergów-Luis Harduin. Wrażenie robi tez wielka sala reprezentacyjna, również pod względem symetrii. Na pierwszy rzut oka nie jest taka widoczna, ale wsłuchując się w informację, dostrzegamy zdecydowanie więcej. Warto zajrzeć też do ogrodów, są bajkowe, mają swój romantyczny klimat. Sami spójrzcie.

Gdzie zjeść?

  My polecamy dwie miejscówki, jeśli chodzi o gastronomię. Pierwsza z nich to włoska restauracja Albero. Tu na szczególną uwagę zasługują wina ☺ Nie dostaniemy karty z dostępnymi gatunkami, ale kelnerzy chętnie sami zaproponują, dobierając smak, do potrawy.

  Kolejne, warte uwagi miejsce, to Chata Karkonoska. Już sam wystrój robi pozytywne wrażenie, to wielka drewniana chata. Na pewno odbywają się w niej imprezy okolicznościowe, bo przestrzeń jest ogromna. Można tam spróbować lokalnych potraw czy trunków, ale my zdecydowaliśmy się na klasyczny polski obiad. A, żeby nie umrzeć z głodu (choć czas oczekiwania nie był długi), zostaliśmy poczęstowani domowymi wyrobami-chlebem, smalcem i ogórkiem kiszonym. W jednym i drugim miejscu, było smacznie!

Nocleg

  My wynajęliśmy pokój w Pensjonacie Złoty Widok na ulicy Sarniej. Nie jest to w samym centrum, ale nie kierowaliśmy się tym.  Cena za dobę dla jednej osoby to około 80 zł.  Wybraliśmy też troszkę większy z możliwych pokoi dla dwóch osób. Polecamy za standard, miłą obsługę oraz pyszne śniadania. Wybór był naprawdę duży.

  Rocznicowy wyjazd uważamy zdecydowanie za udany. To był bardzo intensywny czas, ale z ręką na sercu, możemy powiedzieć, że polecamy. Żadna z atrakcji nas nie zawiodła, jedyną przeszkodą była pogoda, ale wszystkie założone cele, udało nam się zrealizować. No i, przy mojej kiepskawej odporności, udało się nie zachorować.  To kolejny dowód na to, że warto podróżować!

 


Read more »
o grudnia 16, 2020 12
Podziel się!
Nowsze posty
Starsze posty
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty (Atom)

Polecany post

Książki w styczniu i lutym

Popularne posty

  • Zwiedzanie zamku w Rabsztynie
     Przyszła pora podsumować kolejną wycieczkę. Tym razem zapraszam Was do zamku! Wybór padł na Rabsztyn. Już kiedyś próbowałam go zwiedzić, al...
  • No weźże mnie na wycieczkę - pomysły na prezent z okazji Dnia Dziecka [aktualizacja 2023]
     Dzień dziecka zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji mam dla Was kilka propozycji, gdzie można by się wybrać ze swoją pociechą, ale nie ...
  • Styczniowe wyprawy
     Z pierwszego miesiąca w roku staram się wycisnąć jak najwięcej pod względem podróżniczym, bo wyczuwam że luty i marzec mogą mnie trochę zaw...

Archive

  • ▼  2026 (3)
    • ▼  mar 2026 (1)
      • Książki w styczniu i lutym
    • ►  lut 2026 (1)
    • ►  sty 2026 (1)
  • ►  2025 (21)
    • ►  gru 2025 (2)
    • ►  lis 2025 (3)
    • ►  paź 2025 (1)
    • ►  wrz 2025 (3)
    • ►  sie 2025 (2)
    • ►  lip 2025 (1)
    • ►  cze 2025 (2)
    • ►  maj 2025 (1)
    • ►  kwi 2025 (1)
    • ►  mar 2025 (2)
    • ►  lut 2025 (1)
    • ►  sty 2025 (2)
  • ►  2024 (25)
    • ►  gru 2024 (2)
    • ►  lis 2024 (2)
    • ►  paź 2024 (2)
    • ►  wrz 2024 (3)
    • ►  sie 2024 (2)
    • ►  lip 2024 (3)
    • ►  cze 2024 (1)
    • ►  maj 2024 (1)
    • ►  mar 2024 (3)
    • ►  lut 2024 (3)
    • ►  sty 2024 (3)
  • ►  2023 (37)
    • ►  gru 2023 (3)
    • ►  lis 2023 (2)
    • ►  paź 2023 (2)
    • ►  wrz 2023 (2)
    • ►  sie 2023 (3)
    • ►  lip 2023 (4)
    • ►  cze 2023 (3)
    • ►  maj 2023 (4)
    • ►  kwi 2023 (3)
    • ►  mar 2023 (4)
    • ►  lut 2023 (3)
    • ►  sty 2023 (4)
  • ►  2022 (33)
    • ►  gru 2022 (2)
    • ►  lis 2022 (3)
    • ►  paź 2022 (3)
    • ►  wrz 2022 (4)
    • ►  sie 2022 (3)
    • ►  lip 2022 (3)
    • ►  cze 2022 (2)
    • ►  maj 2022 (3)
    • ►  kwi 2022 (2)
    • ►  mar 2022 (3)
    • ►  lut 2022 (2)
    • ►  sty 2022 (3)
  • ►  2021 (39)
    • ►  gru 2021 (4)
    • ►  lis 2021 (3)
    • ►  paź 2021 (2)
    • ►  wrz 2021 (4)
    • ►  sie 2021 (2)
    • ►  lip 2021 (3)
    • ►  cze 2021 (3)
    • ►  maj 2021 (4)
    • ►  kwi 2021 (4)
    • ►  mar 2021 (3)
    • ►  lut 2021 (4)
    • ►  sty 2021 (3)
  • ►  2020 (5)
    • ►  gru 2020 (5)

Szukaj na tym blogu

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Ⓒ 2018 Podróże z książką. Design created with by: Brand & Blogger. All rights reserved.